„Wojenna narzeczona”

Tuż przed wybuchem II wojny światowej między Lenką, młodą studentką Akademii Sztuk Pięknych, a Josefem, studentem medycyny, rodzi się uczucie. Z nadzieją na lepszą przyszłość młodzi biorą ślub, by zaledwie kilka dni później patrzeć, jak ich marzenia rozpadają się w proch. Podobnie jak wiele innych osób, świeżo poślubionych małżonków rozdziela wojna.Po latach Josef, teraz ceniony lekarz położnik, wciąż pamięta o żonie, która wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi zginęła podczas wojny. Jednak Lence udało się przetrwać w nazistowskim obozie w Terezinie dzięki niezwykłemu malarskiemu talentowi oraz pamięci o mężu, którego, jak sądzi, już nigdy nie będzie jej dane zobaczyć. Dopiero przypadkowe spotkanie kilkadziesiąt lat później w oddalonym tysiące kilometrów od rodzinnej Pragi Nowym Jorku uświadamia im, że oboje otrzymali od losu jeszcze jedną szansę. Od przepychu spokojnego życia w przedwojennej Pradze po okropności okupowanej przez nazistów Europy, powieść odsłania przed czytelnikiem siłę pierwszej miłości, niezłomność ludzkiego ducha i potęgę pamięci.

~*~

Przedstawiam Wam ową książkę z uczuciami podobnymi do tych, jakie towarzyszyły mi przy „Jeźdźcu miedzianym”. To zaszczyt móc pisać o takim dziele. Po długich miesiącach poszukiwań, w końcu mam książkę, która go dogoniła, jeśli nie przegoniła. Każda z nich na swój sposób jest niezwykła, ale o ile w „Jeźdźcu” zabrakło warsztatu i odpowiedniej korekty, „Wojenna narzeczona”, w mojej opinii jest doskonała pod każdym względem.
Zanim przejdę do rzeczy muszę sprostować, że odkąd staram się szlifować swój własny warsztat, czytam książki zupełnie inaczej niż kiedyś. Przyglądam im się nie tylko od strony fabularnej, ale dokładnie studiuję opisy miejsc, rysy postaci i ślizganie się pomiędzy wątkami. I wiecie co? Gdybym kiedyś potrafiła napisać coś tak niezwykłego, eksplodowałabym z dumy.

„Jam miłego mego, a mój miły jest mój”

Dlaczego po nią sięgnęłam?
Powtarzam już do znudzenia, że przypadki się nie zdarzają i jestem nadal pewna, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Sięgnęłam po „Wojenną narzeczoną”, bo tęskniłam za „Jeźdźcem”. Przeczytałam opis i pomyślałam: „Czyżbym znalazła czeski odpowiednik Tatiany?”. Ponieważ kocham okres przedwojenny, wojenny i powojenny, wszystkie rozterki, trudności i cały jego tragiczny romantyzm, bez wahania zaczęłam czytać. Nie ukrywam, że przyczyniła się też do tego również „Ostatnia piosenka”. Miałam po niej takie poczucie zmarnowanego czasu (którego mam niewiele na czytanie), że aż kipiałam chęcią, na coś dobrego i mocnego.

Niezwykła inspiracja.
Jeśli zdecydujecie się zapoznać z nową lekturą dowiecie się o tym w posłowiu, ale uznałam to za tak ciekawe, że postanowiłam napisać na ten temat kilka słów. Zabierając się za czytanie nie miałam pojęcia, że wszystkie opisane wydarzenia są czystymi faktami. Nawet małżeństwo, które zostało rozdzielone i spotyka się dopiero długo po wojnie było prawdziwe. Oczywiście na potrzeby wartkiej fabuły na pewno niektóre momenty były nakreślone niezmierzoną wyobraźnią Alyson Richman. Ale uwierzcie, że kiedy na końcu uświadomiono mnie, że wszystkie postaci są autentyczne (użyte są nawet ich prawdziwe nazwiska), siedziałam kilka minut bez ruchu i słowa, nie potrafiąc okiełznać emocji. Kiedy dowiedziałam się, że główna bohaterka – Lenka – jest zainspirowana prawdziwą dziewczyną i jej biografią, nie potrafiłam powstrzymać dreszczy przejęcia. To niesamowite, że bohater książkowy, którego losy śledzimy z zapartym tchem i podziwiamy go, istniał naprawdę.

O czym jest książka?
Lenka Mizel dorasta w kochającej się, zamożnej rodzinie. Jest może odrobinkę rozpieszczoną, ale mądrą, dobrą i wesołą dziewczyną. Ponieważ jest niezwykle uzdolniona plastycznie (aczkolwiek sama dostrzega mesę niedociągnięć w tym swoim talencie), idzie do praskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie znajduję przyjaciółkę i w niedługim czasie poznaje jej brata, Jozefa. Jozef jest od niej starszy, studiuje medycynę. To poważny, wrażliwy i już w młodym wieku bardzo odpowiedzialny chłopak. Młodych ma połączyć uczucie. Wielkie, nie do opanowania i tak gorące, że lata rozstania nie są go w stanie ostudzić.

„Josef też się śmieje. W tym jego śmiechu słyszę radość. Szmer tańczących stóp, szelest wirujących spódnic. Głosy dzieci. Czy to pierwszy znak miłości? Kiedy dostrzegasz w tym, który jest ci przeznaczony, tych, którzy dopiero mają się narodzić?”

Kiedy Niemcy uderzają na Czechy, a Czechy kapitulują wszystko wywraca się do góry nogami. Życie wszystkich Żydów zostaje postawione na ostrzu noża. Młodzi w pośpiechu biorą ślub i mają tylko tydzień na cieszenie się sobą, swoimi sercami, ciałami i umysłami połączonymi w jedną, doskonałą formę.

?Wyobraź sobie , że leżysz w ciepłej wodzie, a wokół ciebie rozchodzą się kręgi. Złote promienie słońca padają na twoje włosy, gładzą twoją twarz. Zaczerpnij tchu. Odetchnij tym. To cię nigdy nie opuści. Jeśli chwycisz słoneczne światło w dłonie, ono zamieni się w cień. Jeżeli zamkniesz świetliki w słoiku, zginą. Ale jeśli dasz swojej miłości skrzydła, zawsze będziesz czuć tę radość lotu.?

Josef ucieka wraz z rodziną do Stanów i obiecuje sprowadzić tam jak najszybciej młodą żonę, która nie zgodziła się opuścić swoich rodziców i siostry. Nie wiedzą jeszcze, że czuły pocałunek o słonawym smaku łez będzie ich ostatnim. Lenka wraz z rodzicami trafia do obozu koncentracyjnego w Terezinie. Nie będę opisywała życia za murami Terezina. Tajnej „podziemnej” pracy artystów, którzy przemycali rysunki, nędzy i głodu, nie będę pisała o dzieciach, których rysunki można oglądać do dziś dnia w muzeum, nie będę pisała o tym jak wiele pozytywnych emocji można z siebie wykrzesać w tak zamkniętym świecie, w którym rządzi śmierć. To trzeba samemu przeczytać. Mojego serca nie ściskał głód i ubóstwo, o których wszyscy dobrze wiemy i które wszyscy znamy z licznych, powojennych przesłań. Trzęsło się właśnie od tych pozytywnych uczuć. Od sympatii, wzajemnej pomocy, niestrudzonej walce, miłości przezwyciężającej wszystkie przeszkody.

Czy gdyby Josef wiedział, że po raz kolejny spotka najdroższą kobietę po sześćdziesięciu latach, wyjechałby w poszukiwaniu bezpiecznego kąta dla nich obu? Wolałby umrzeć niż ją zostawić. Czy gdyby Lenka wiedziała, jak potoczą się jej losy zostałaby z rodziną, która tak bardzo namawiała ją do ucieczki? Może i by została, ale na pewno mocniej by się nad tym zastanowiła. Śledziłam jednocześnie dzieje Lenki i Josefa i ubolewałam nad losem, który potrafi być aż tak okrutny. Jednocześnie podziwiałam ludzi, którzy musząc mu się poddać, wychodzą śmiało na spotkanie nieuniknionego z podniesioną głową. I właśnie po tej refleksji, po tym podziwie i po tych wszystkich emocjach przeczytałam, że naprawdę to przeżyli, naprawdę istnieli i naprawdę tego dokonali.

Dlaczego jest moim numerem jeden?
Najkrótszym streszczeniem byłoby napisać, że książka jest zapisem losów żydowskich rodzin, w czasie Holokaustu. I byłoby to dobre, poprawne i zgodne z prawdą. Ale chodzi o to, że ta książka nie jest „zapisem” życia. Ta książka żyje. Naprawdę. Ta książka jest miłością, jest oddaniem, druzgoczącą tęsknotą, strachem i cierpieniem. Wiecie jaka mnie naszła myśl, po około połowie? Ta książka jest emocją. Nie ma w niej słów. Są uczucia które czujemy w sercu, w żołądku i przez skórę. Wyobrażacie sobie popłakać się ze wzruszenia na scenie aktu kochanków? Zresztą… Chyba za daleko grzebię. Byłam zachwycona opisem stołu, szklanki i szyby w oknie. Nie widziałam jeszcze takiego warsztatu pisarskiego. Lubię klasyków, lubię literaturę powiedzmy niekomercyjną, ale nazwisko Alyson Richman zapamiętam na zawsze i mogę przysiąc tu i teraz, że zapoznam się głębiej z jej twórczością. Poziom jaki przedstawiła w „Wojennej narzeczonej”, jest dokładnie tym czymś, co sprawia, że książka żyje, a czytelnik czuje jej żywotną energię. Gdybym mogła coś powiedzieć autorce, były by to podziękowania. Dziękuję za jej wysiłek i trud jaki włożyła w zebranie tylu faktów, zapisków. Za to, że pojechała do Czech, do Terezina i dotknęła pokruszonych od kul murów, żeby na opisać jak bardzo były zimne. Za to że zanurzyła rękę w zroszonej krwią ziemi, żeby wiedzieć jak bardzo była twarda. Za to, że rozmawiała z osobami, które przeżyły obóz, żeby nam pokazać jak wielkim bólem był. Żebyśmy sami to poczuli.

Moja opinia.

Nie potrafię opisać słowami jak bardzo kocham tą historię i to właśnie najlepszy dowód jak dużo pracy muszę jeszcze włożyć w rozwój swoich umiejętności. To poezja napisana prozą. To tętniący od emocji organ. Tej książki nie można przeczytać. Ją trzeba przeżyć. Każde najbardziej banalne zdanie było przesycone takim kunsztem i taką dbałością, że nawet przecinki i kropki warte były podziwu.

?Dmuchacz szkła to jednocześnie kochanek i dawca życia?, oświadczył któregoś wieczora zaproszonym na kolację gościom ojciec, po czym sięgnął po jedną ze stojących na stole szklaneczek do wody. ?Następnym razem, kiedy będziecie pić ze swojej szklanki, pomyślcie o ustach, które powołały do życia ten subtelny, elegancki kształt, i o tak wielu nieudanych próbach poprzedzających stworzenie idealnego kompletu?.

To zdecydowanie najlepsza książka jaką czytałam zarówno pod względem stylistycznym jak i fabularnym. Daje jej dziesięć punktów, bo więcej nie mam w blogowej skali. I jeszcze to zakończenie… Happy end, po którym płaczę z żalu nad bohaterami. Jeśli w Jeźdźcu jest magia, a jest i nie ma co do tego wątpliwości, to w przypadku tej książki możemy mówić o jakimś boskim natchnieniu… Nie wiem jak to nazwać. Napisałam o Jeźdźcu i poszłyście za mną, teraz piszę o „Wojennej narzeczonej” i radzę się trzymać równie mocno, jeśli nie mocnej, bo porwała mnie silnym nurtem.

„Miłość to wcale nie jest rzeczownik, lecz czasownik. Akt działania. Niczym woda płynie własnym korytem. Gdyby człowiek próbował przegrodzić jej strumień tamą, prawdziwa miłość okaże się tak potężna, że przeleje się ponad krawędzią. Pomimo rozłąki, pomimo śmierci, nadal płynie, nieustannie się zmienia. Żyje w pamięci, we wspomnieniu dotyku, ulotnym zapachu, wciąż innym, a jednak znajomym westchnieniu. Pragnie pozostawić po sobie ślad niczym skamielinę w piasku, liść odciśnięty w gorącym asfalcie.?


Moja ocena: 10!