„Wybór Crossa”

     Recenzja nie do końca na serio…

Jak pamiętamy, bądź też nie pamiętamy z poprzednich części (mnie wyleciało), Eva i Gideon pomimo wszystkich przeciwności losu jakimi są: kiepski (bardzo, bardzo kiepski) stan psychiczny, szaleni byli kochankowie (znowu kiepski stan psychiczny) próbujący ich odzyskać i nienajlepsze relacje z rodziną (kiepski stan psychiczny?), a także paparazzi czający się za każdym rogiem (niepolepszający stanu psychicznego), postanowili się pobrać.
Państwo Cross po powrocie z pięciominutowej podróży ślubno-poślubnej wpadają prosto w wir codzienności. Nie byle jakiej codzienności, bo ta dwójka na nudę narzekać nie może. Zwłaszcza Gideon, który maniakalnie potrzebuje trzymać rękę na pulsie i chronić Evę przed każdym podmuchem wiatru, ma pełne ręce roboty. Dlaczego?
Po pierwsze mamy dalszy ciąg zmagań z byłym kochankiem Evy, Brettem. Brett jest muzykiem rockowym, który nagrał teledysk zawierający sceny seksu ze świeżo poślubioną panią Cross. Nie do pomyślenia. Rozumiem wściekłość Gideona i chęć utarcia nosa nicponiowi.
Po drugie Corinne, była partnerka Gideona (zdaje się, że taka na poważnie), która nie może się pogodzić z jego utratą. W zeszłej części próbowała popełnić samobójstwo, w tej obmyśliła inny diaboliczny plan zwrócenia na siebie uwagi, który jak mi się wydaje może nieco ostudzić szaleńcze uwielbienie Evy.
Po trzecie koszmary senne Gideona wcale nie maleją na sile. Są rzadsze, ale cały czas stanowią poważne zagrożenie dla śpiącej u jego boku bezbronnej kobiety.
Po czwarte jego największy przeciwnik biznesowy stara się go dopaść, wykorzystując tę samą bezbronną kobietę.
Aż w końcu (najlepsze) Eva wcale nie chce jego niewolniczej opieki. Ma własne zdanie, chce być niezależna i nie pozwala mu kierować swoim życiem. To ci dopiero!
Biedny Gideon!

Pamiętamy jaka była część trzecia. Była spokojna, skoncentrowana nie tylko na głównej parze bohaterów, ale również na ich przyjaciołach. Uznałam, że w siedmio(chyba)częściowej serii fajny jest taki przerywnik, który nie wnosi zbyt wiele, ale buduje tło pod dalsze wydarzenia. Przeczytałam, byłam zadowolona z efektu końcowego. Od tej części wymagałam jednak większego zdecydowania w prowadzeniu rozpoczętych wątków. Tymczasem pani Day najzwyczajniej zakpiła ze swoich fanów.
Zaczynamy całkiem nieźle. Gideon opowiada nam o swoim największym rywalu, który mści się za grzechy popełnione przez jego ojca. Chwilę później czytamy jak owy Mroczny najmuje grupę Evy do wypromowania swojego produktu. Oprogramowania, które jest zagrożeniem rynkowym dla oprogramowania tworzonego przez Crossa. Wywęszyłam aferę, może nawet małą sensację, pomyślałam, że nareszcie coś się zadzieje. Sprawa ucichła. Później wraca Brett. Jeśli świat ujrzałby film, na którym pani Cross oddaje się rubasznym igraszkom w barowym kibelku, ich reputacja ległaby w gruzach. Po małym zamieszaniu sprawa nie do końca wyjaśniona cichnie. Pojawia się Corinne ze swoim niecnym planem. Kolejna kompromitacja dla tak znamienitego nazwiska, kolejna szpila między żebra zazdrości Evy. W momencie, kiedy akcja z Corinne powinna osiągnąć apogeum co się dzieje? Wszystko cichnie.
Co zrobiła autorka? Po części opowiadającej o niczym przez rok trzymała fanów w niepewności, po czym wydała jakieś dziwne wprowadzenie do nie wiadomo czego. Przepraszam, ale nawet tego nazwać odpowiednio nie potrafię. Pozaczynała kilka wątków, żadnego nie zamknęła i uznała, że wystarczy. Byłam co najmniej zniesmaczona, bo książka nadaje się najwyżej na publikację wydawnictwa Harlequin. Powinna być wydana w takim mini formacie i być sprzedawana w kiosku. To nie jest pozycja, jaka zasłużyła sobie na półkę w księgarni.
Wiem, wiem. Część z Was zakrzyknie, że głupi erotyk, że wstyd i hańba oglądać choćby okładkę. Umówmy się, że od literatury o której mowa, nie wymaga się zbyt wiele. Nie będę hipokrytką, nie użyję nadmiaru „ę” i „ą” i przyznam, że lubię od czasu do czasu sięgnąć po taką rozrywkę. Nie wnosi ona do mojego życia niczego poza kilkoma uśmiechami, a śmiech to zdrowie, więc dlaczego nie? Ma tą swoją pokrętną, dziwaczną romantyczność, a ja jako beznadziejna romantyczka przyjmuję to bez słowa sprzeciwu. Nie czuję się po przeczytaniu ani głupsza, ani mądrzejsza. Mój intelekt nie ucierpiał, moja ciekawość została zaspokojona, nie mam żadnych rys na psychice, więc tak, sięgnę po następną część.
Tyle, że „Wybór Crossa” już nawet romantyczny nie był. Eva walczyła o niezależność, a Gideon traktował ją bez grama szacunku jak laleczkę do zabawy. Jego ciągłe zwracanie się do niej per aniołku działało mi na nerwy i wcale nie było za specjalnie czułe. Nie słuchał jej, nie chciał z nią rozmawiać, nie był partnerem, z którym można iść przez życie. Co z tego, że powtarzał, że się stara? Nie był jej przyjacielem. Interesowała go tylko jedna jedyna rzecz. Posiadanie. Coś tam pękło na koniec, coś zaczęło się zmieniać, bo przecież jak tytuł mówi nasz dzielny bohater musiał dokonać wyboru, ale to tylko dlatego, że w końcu się obudził i zauważył, że nie jest tym silniejszym, a raczej tym, który wiecznie się chowa za siłą i kasą. To Eva z ciętym językiem i wysoko uniesioną głową brnęła niezłomnie do przodu. To ona jest jego filarem, nie odwrotnie. Ostatecznie bardziej mnie ciekawił wątek Megumi, czy sławetnego trójkącika spodziewającego się dziecka, niż Evy, której się zdaje, że Gideon jej umyka i Gideona bojącego się stracić Evę.
Kończę nim zacznę spoilerować. Przynajmniej z tymi negatywnymi aspektami.
Co z pozytywów? Masa zabawy, słodkości i miłości, czyli to co lubimy najbardziej. Obiecałam sobie nie krytykować książki erotycznej za sceny erotyczne i znowu obietnicy nie dotrzymam. Ja po prostu płakałam ze śmiechu, kiedy wizualizowałam sobie niektóre momenty. Na przykład zbliżenie w limuzynie. Czy Wy sobie wyobrażacie jak to auto musiało skakać jadąc ulicą? Przecież ja bym chyba skonała ze śmiechu i wstydu na miejscu szofera. Drugą sprawą jest słownictwo. Kiedy Gideon rozwodził się nad swoim wojownikiem gotowym do boju, to… eh… No cóż… Słodkie to było, ale czekałam tylko jak jego nieprawdopodobnie wojownicze przyrodzenie otrzyma jakieś imię. Nie wiem, może Herakles, albo Goliat? Powtórka z części poprzednich, czyli seks przez sześć godzin w nocy, śniadanie, kawka i seks przez sześć godzin przedpołudnia. W czasie lunchu jakieś małe jednostronne zaspokojenie i później to już czekamy do wieczora na sześć godzin nocnego seksu. No chyba, że idą na jakieś spotkanie/imprezę, to wtedy seks po drodze na miejsce spotkania i w powrotnej. Pacnęłam się w czoło, kiedy Eva po głębokich przemyśleniach, wiedziona podpowiedziami terapeuty uznała, że chyba coś jest nie tak… Zawsze wiedziałam, że to mądra dziewczyna!
Jedyne co mi się naprawdę podoba od samego początku, to bardzo fajnie nakreślony problem Gideona. Faceta zdawać by się mogło wszechmocnego, ale w gruncie rzeczy zupełnie bezbronnego. Eva nie wzbudza takiej ciekawości, bo ona jest świadoma swojego defektu. On dopiero się otwiera, powolutku, małymi kroczkami, stara się wbić w pęd normalności.

No i to by było na tyle.
Coś, czego mogłabym sobie życzyć w przyszłości, to odrobiny zdrowej ambicji ze strony autorki. Bo przecież to ewidentnie jedna część na siłę podzielona na kilka. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Nieładnie jest tak otwarcie zacierać rączki na pieniążki rzucając jedynie fragmenty. Bo tak to traktuję. Książka jest jedynie fragmentem, który nigdy nie powinien wyjść bez swojej dalszej części. Nie każe się czekać rok na publikację czegoś takiego, w międzyczasie wydając inne powieści. To mi zakrawa na brak szacunku dla czytelnika, a czytelnik, zawzięta bestia, może w pewnej chwili nie wybaczyć.
Nie polecam ani nie zniechęcam. Kto czytał poprzednie części to i tak przeczyta, a kto nie czytał i spodoba mu się „Dotyk…” to i tak tu dotrze.
Ocena jest absolutnie uzależniona od niesłusznego rozdrabniania historii.

Moja ocena: 3/10

(Nie mam nawet żadnego sensownego cytatu :/ )

 

autor Sylvia June Day
tytuł oryginału Captivated by You
wydawnictwo Wielka Litera
data wydania 28 stycznia 2015
liczba stron 416