„Wymarzony Dom Ani” (t.5)

W końcu nadchodzi TEN dzień. Zielone Wzgórze wita w swych progach pierwszą pannę młodą. Ukochana wychowanka, która zmiękczyła serce Maryli Cuthbert i wprowadziła życie do starego domostwa wychodzi za mąż. Oddaje się w ręce mężczyzny, którego pokochała, ale przede wszystkim obdarzyła najwierniejszą przyjaźnią – Gilberta. Tuż po ceremonii wyruszają w podróż do nowego gniazdka w Glen St. Mary, nad Przystanią Czterech Wiatrów. To tam Gilbert obejmie praktykę lekarską po emerytowanym wuju. Tam młoda para będzie musiała się zadomowić, odnajdując nowych przyjaciół i mierząc się z przeciwnościami losu.

To, co dziś dla Was przygotowałam prawdopodobnie będzie długie i będzie miało z recenzją jeszcze mniej wspólnego niż moje dotychczasowe prace. Nie ukrywam również, że osoba która dopiero wchodzi we wspaniały świat Ani znajdzie tu za dużo szczegółów dotyczących fabuły. Słowem – SPOILER może się zdarzyć. Dzisiaj chciałam posnuć rozważania na temat tego jak to wejście Ani w dorosłość widziałam jako dziecko i jak bardzo różni się moje dojrzałe postrzeganie sprawy.

We wstępie zaglądamy na wypełnioną młodzieńczymi marzeniami facjatkę. Dwie najserdeczniejsze przyjaciółki snują wspomnienia o przeszłości. Jedna wiotka i rozmarzona, druga stateczna mężatka, choć nadal skora do żartów. Ania z Dianą wiedzą, że czeka je rozłąka. Tym razem stała. Przyjaciółka już niedługo wychodzi za mąż i wyjeżdża całe sześćdziesiąt mil od Avonlea. Wsłuchujemy się w wesoły szczebiot kobiet, co chwilę wyłapując „A pamiętasz…?” „Pamiętasz jak…?„.
Montgomery już w pierwszym rozdziale chwyta nas za serca przenosząc we wspomnienia dziecięcych i panieńskich lat Ani i Diany, tak pełnych nieoczekiwanych sytuacji, szalonych przygód i pięknych zdarzeń. Już na samiutkim początku uświadamia, że nasza niesforna dziewczynka ostatecznie dorosła. Wraz z nią dojrzało Avonlea. Za wstawiennictwem KMA do małej, kochanej wioski dotarł telefon! A ja dokładnie tak jak Ania „chciałabym, by zachowało cały swój, niczym nie tknięty urok, jak za starych, kochanych czasów”. W wieku lat jedenastu nie mogłam się pogodzić z tym, że moja przyjaciółka nie jest już moją rówieśnicą, że wkracza w świat, który dla mnie jest obcy. Teraz widzę to inaczej, a jak, o tym powie Jaś Irving:

Moja Nauczycielko, ty nigdy nie będziesz stara. Należysz do tych szczęśliwych osobników, którzy pili ze zdroju młodości.

Wiele, wiele lat temu miałam gigantyczny problem z przesiedleniem się Ani. Ja wręcz nienawidziłam Glen za to, że nie ma tam Diany i Maryli, Alei Zakochanych i Jeziora Lśniących Wód. Cmentarza, na którym spoczywa Mateusz i ogrodu Heleny Grey, będącego świadkiem tylu pięknych wypraw. Tym razem również serce mi pękło, kiedy Maryla patrzała za swoją odjeżdżającą wychowanką, żegnając ją na wiele miesięcy. Ale cierpiałam zupełnie inaczej niż kiedyś. Dzisiaj rozumiem, że Avonlea, które pozostaje w mojej wyobraźni jako miejsce doskonałe, ba, najdoskonalsze!, było tylko etapem życia bohaterki. Znalazła się na zakręcie, na który świadomie wkroczyła jako pani doktorowa Blythe.
Avonlea było krainą dziecięcych marzeń i ostoją, kiedy jako studentka wracała po trudach nauki na odpoczynek. To tutaj zaznała miłości, tutaj znalazła przyjaźń i przenigdy się od tego miejsca nie odwróci. Teraz jednak „Wymarzony Domek czekał na nich nad mglistym, purpurowym brzegiem Przystani Czterech Wiatrów”. Czy może być coś romantyczniejszego?

Jeśli już mowa o romantyzmie, to przecież nie mogę pominąć tego jakże istotnego podpunktu! Ania miała duszę romantyczną, marzycielską i dlatego tak bardzo ją pokochałam. Bo moje serce też garnie się w tym kierunku.
Autorka posiada niesamowity talent do wymyślania nazw pełnych melancholii i nostalgii, pobudzających wyobraźnię. Już sama Przystań Czterech Wiatrów nasuwa nam na myśl miejsce, gdzie czeka na nas niezmiernie emocjonująca przygoda. Tym razem będzie to jedna z najważniejszych przygód. Życie.
Będąc podlotkiem z rumieńcami na policzkach oczekiwałam tych romantycznych chwil, kiedy to Ania z Gilbertem zostając sam na sam, obdarzają się czułością. Przechodziłam wręcz fazę buntu, że takich sytuacji jest zbyt mało. Dzisiaj nie potrzebuję już, żeby mnie uderzyły w czoło. Potrafię je doskonale wychwycić między wierszami, w niedopowiedzeniach, sposobach, jakich Ania postrzega otoczenie, w jaki się wypowiada. Jeśli to możliwe poznałyśmy się jeszcze lepiej.

– Nasz dom, Gilbercie, czy to nie cudowne?
– Jeden z miliona domów na świecie, ale nasz, Aniu. Nasza ostoja w tym brzydkim świecie. Jeżeli ktoś ma dom i najdroższą, małą żonkę o rudych włosach, czegóż jeszcze może żądać od życia?

Nowi bohaterowie pojawiają się już w pierwszy wieczór pobytu nowożeńców w Wymarzonym Domku. Maud ma niezwykły talent przedstawiania nam ludzi w taki sposób, że od razu zaskarbiają sobie sympatię. Lub przeciwnie! Tym razem jednym z pierwszych nowo poznanych sąsiadów Blythów jest kapitan Jim Boyd, strażnik latarni morskiej. Jest to postać niezwykła. Barwna, ciepła i tak bardzo oddana przyjaźni, że zdobywa tym podziw i głęboką sympatię. Człowiek o brzydkiej powłoce, za to piękny w środku. Kapitan ofiaruje młodym małżonkom swoją dojrzałą i dozgonną przyjaźń, wspaniale spędzony czas i nieprawdopodobne historie swojego życia. Jest on moją ulubioną postacią tej części.
Ania, która utraciła bliskość swojej najlepszej przyjaciółki już na zawsze, otwiera się na nową przyjaźń. Nie będzie w niej niczego tak słodkiego, niewinnego i nieskazitelnego jak w przypadku relacji z Dianą. Przyjaźń z Ewą Moore będzie trudna, wymagająca masy wyrozumiałości i empatii, ale również głęboka i pełna obopólnego zaufania. Przyćmi tęsknotę za dawnymi stronami?

Stary kapitan wyciągnął żylastą rękę. Oboje uśmiechnęli się do siebie i od tej chwili pozostali przyjaciółmi. Pokrewne dusze spotkały się.

Teraz pewnie się ośmieszę, ale czy dacie wiarę, że będąc dzieckiem dowiedziałam się o ciąży Ani dopiero kiedy urodziła? Kompletnie nie zwracałam uwagi na ten aspekt jej życia. Po latach widzę każdy najmniejszy komunikat o jej odmiennym stanie. Pierwszy pojawia się już na 74 stronie (wyd. Nasza Księgarnia, 1993), kiedy to Ania na wzmiankę o dzieciach uśmiecha się na pewną myśl „zbyt drogą i świętą, aby ją ubrać w słowa”. W Wymarzonym Domku to czas uświęcony zarówno przez jego domowników jak i przyjaciół. U zwieńczenia terminu pojawia się nawet Maryla, która przecież o niemowlętach nie może wiedzieć zbyt wiele, ale chce być obecna w tak ważnym wydarzeniu z życia swojej kochanej Ani. Bardzo przeżyłam tą obecność starej piastunki w nowym świecie. Była przepięknym wspomnieniem.
(Rozdział „Świt i zmierzch” był mi bardzo drogi i bliski na pewnym etapie życia. Co prawda świt wziął górę, ale wspominałam wydarzenia z tej właśnie książki).

Autorka popełniła straszną zbrodnię wyrywając nas tak brutalnie z Avonlea. Przez lata nauki i pracy Ania utrzymywała stały kontakt z bliską sercu mieściną. Częste korespondencje i wizyty studziły choć trochę tęsknotę. W tej części nić, choć dla Ani istnieje nieprzerwana, dla czytelnika jest niewidoczna. Starzy przyjaciele występują jedynie we wzmiankach, korespondencja, która niewątpliwie istnieje, nie jest przytaczana. Wywołuje to uczucie okrutnej pustki. Jakby wyrwany został olbrzymi fragment historii.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek dam radę zamienić Avonlea na Glen St. Mary. I w pewnym sensie nie dałam rady, bo Avonlea jest niezastąpione. Ale Glen dało się polubić, dało się oswoić i pozwoliło się zadomowić. Właściwie pod koniec książki miałam poczucie, że całkiem nieźle się w nim czuję. Stało się ostoją, bezpieczną przystanią. Zupełnie jakby dookoła szalał sztorm, a tam panował spokój. Choć nie zawsze, nie w każdym momencie.
Ania z Gilbertem przeżywają chwile wielkiego szczęścia i olbrzymią tragedię. Nie zmienia to jednak ich miłości, nie zmienia to ich charakterów, dobrodusznych, wesołych i otwartych. Wręcz przeciwnie. Stają się bardziej świadomi blasków i cieni życia. Uczą się czerpać z prostych rzeczy, cieszyć drobnostkami, doceniać niuanse codzienności. Czy też może uczą tego nas…

Teraz mam jasny obraz tego, że gdy budowałam swoje własne gniazdko moja podświadomość czerpała inspirację właśnie stąd. To był mój pierwowzór. Zarówno Wymarzony Domek jak i lada chwila Złoty Brzeg były moimi wzorcami tego jak powinny wyglądać relacje między bliskimi sobie osobami. To, że szaro-bura codzienność to nieustający plac budowy, na którym dobry fundament jest podstawą dalszego działania.

– To jest tak piękne, że aż boli – szepnęła Ania. – Doskonałe rzeczy zawsze wprowadzały mnie w pewne upojenie graniczące z bólem.

Po burzy nastaje spokojny świt. Wszystko wraca na miejsce, układa się jak należy. Ania powija ukochanego synka, który otrzymuje imię po kapitanie Jimie. Gilbert jest uznanym lekarzem, który ma za sobą wiele słusznych choć ciężkich decyzji. Przyjaciele odnajdują swoje ścieżki, Księga Życia zostaje zapisana. Strasznie mnie zasmuciło i wzruszyło pożegnanie z tym najsłodszym kącikiem nadziei i planów młodego małżeństwa. Choć witałam go z dystansem, żegnałam jak fragment własnej historii.

Maud dała nam Avonlea, które pokochaliśmy, po czym je odebrała. Imponujący i zachwycający Redmond również przeminął. Teraz pozwoliła szczerze pokochać Wymarzony Domek, stać się jego mieszkańcem, przeżywać jego historię, po czym i to nam zabrała. Cóż takiego znajdziemy za kolejnym zakrętem…? O tym przekonamy się wkrótce.

Jestem ciekawa jak Wy postrzegaliście, być może postrzegacie tę część Ani. Czy wniosła coś w Wasze życie?
Mam nadzieję, że uda nam się nawiązać jakąś porywającą dyskusję 🙂

Moja ocena: 9/10

Ania uklękła i ucałowała próg, który przekroczyła jako panna młoda.
– Żegnaj, drogi, mały Wymarzony Domku.