„Wyspy szczęśliwe” (t.1)

Powrót z wakacji był dla Joanny jak przebudzenie z pięknego snu. Okazało się, że idealny świat, w którym żyła to tylko bańka mydlana, która właśnie pękła, wyrzucając z siebie całą obłudę. Kobieta została postawiona przed brutalną prawdą. Wszystko, co do tej pory zbudowała, czym się otaczała i w co wierzyła było wyrafinowanym kłamstwem. Obdarta z poczucia bezpieczeństwa, zdradzona i zupełnie przerażona musi się wziąć w garść, żeby ochronić jedyne co jej pozostało. Córeczkę.
Marta w dzieciństwie przeżyła nieopisaną tragedię. Złamana i okaleczona dała radę się podnieść i, co najważniejsze, nie zatraciła radości życia. To właśnie ona powoduje, że ludzie do niej lgną, a ona potrafi ich objąć swoim wielkim sercem.

Jak to możliwe, że człowiek może tyle znieść i się nie poddać?

To już piąta powieść w dorobku Wioletty Sawickiej. Nie pamiętam co mnie skłoniło do sięgnięcia po jej pierwszą powieść („Wyjdziesz za mnie, kotku?”), ale już wtedy wiedziałam, że to coś skierowane dokładnie w moje literackie upodobania. I cieszę się ogromnie, że nie zrezygnowałam ze śledzenia twórczości tejże pani. Już wyjaśniam dlaczego.

Wyspy szczęśliwe dla bohaterki powieści to miejsce, w którym czuje się bezpieczna. W otoczeniu ludzi, których kocha, z poczuciem, że jej miłość jest odwzajemniana jest spełniona i szczęścia. Niestety jej wyspy zostają gwałtownie zatopione przez niewyobrażalną zdradę. Joanna do tej pory opierała całe swoje życie na tych stabilnych elementach – teraz pozostaje zupełnie bezradna. Podobnie jak Marta, która w dzieciństwie straciła rodzinę, przeżyła ciężką traumę i mogła liczyć tylko na pomoc osób trzecich.

Uczciwie ostrzegam, że jeśli już zdecydujecie się na czytanie powieść chwyci was ona za serce, wedrze się w nie i już go nie opuści. Przede wszystkim dlatego, że jest prawdziwa. I to prawdziwa w dwójnasób. Po pierwsze to, co wydarzyło się Joannie, może zdarzyć się każdemu z nas. Bo nic nie jest w życiu takie zupełnie pewne. Zwłaszcza w świecie, w którym szczerość stała się podrzędną wartością. Po drugie to, co wydarzyło się Marcie jest prawdziwe, bo… Bo jest prawdą. Prawdziwa jest i Marta i jej historia. Autorka poznała kobietę osobiście, przeprowadzając z nią wywiad. To właśnie dzięki temu mamy okazję poznać tragiczne losy mogił w pobliżu jednej z mazurskich wsi. Wsi wiele lat temu napadniętej przez armię sowiecką. Jeśli śledzicie fanpage Wioletty Sawickiej możecie zobaczyć najcieplejszą, obdarzoną największym sercem i olbrzymią pogodą ducha bohaterkę literacką, która pozuje do zdjęcia razem z autorką i książką.

„Wyspy szczęśliwe” to nie bajka, chociaż momentami za taką mogłaby uchodzić. To wspaniała opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, walce z przeciwnościami losu, ludzkiej niezłomności i odwadze. O tym, że żadne potknięcie ani upadki nie dyskwalifikują nas do bycia szczęśliwymi. I w końcu o dbaniu o to, co tak naprawdę jest dla nas ważne, bo właśnie to sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.
Przez szereg niezwykłych zbiegów okoliczności Joanna odnajduje zacisze, jakie dla złamanych dusz przygotowała Marta. Przyznam, że od samego początku zastanawiałam się jak dwa wątki połączą się w jeden i zostałam bardzo miło zaskoczona. Bo wszystkie przypadki, a książka może się poszczycić wieloma, są tak bardzo prawdopodobne, że pozostawało mi jedynie wstrzymywać oddech i obserwować co z tego wyniknie. Joanna dociera do skromnej chatki i od razu wyczuwa miejsce i ludzi mogących pomóc jej pozbierać złamane serce w jedną całość. Poznaje grupę ludzi podobnych do niej, skrzywdzonych przez los, których staruszka przygarnęła pod swoje skrzydła i dała im moralne wsparcie. Sama niesiona swoimi ciężkimi doświadczeniami nie zatraciła pogody ducha, optymizmu i dobroci w sercu.

Uwielbiała klimat tego miejsca. Czuła się tu jak przeniesiona w przeszłość, gdzie wszystko miało swój czas, miejsce i harmonię.

Osobom wrażliwym mogę zagwarantować całą masę wzruszeń. Niejednokrotnie siorbałam nosem i to nie tylko w momentach smutnych, ale również tych szczęśliwych. Jestem zafascynowana aurą, jaką książka wokół siebie roztacza. Porusza w sercu olbrzymią dobroć, wiarę w to, że na świecie istnieje jeszcze bezinteresowność. Czytając odkryłam coś zupełnie nieprawdopodobnego. Lektura mnie uspokoiła, poprawiła mój nastrój i dała taki wielki pozytywny ładunek. Czułam się wyciszona. Taka umiejętność przekazania uczuć świadczy jedynie o nieprawdopodobnej dojrzałości twórczej, jaką Sawicka nabrała przez, nadal niewielkie (patrząc perspektywicznie), doświadczenie. Bogactwo językowe, przepiękna stylistyka, gwara regionalna z czasów, których moje pokolenie pamiętać już nie może. Wszystko dopracowane i dopięte na ostatni guzik.

Fankom romansu muszę zdradzić, że między kartkami znajdziecie Wiktora. Mojego nowego pana Darcy 😉 To absolutnie najlepsza męska kreacja jaką spotkałam w literaturze. Jak wszystko w tej książce jest on tworem z krwi i kości. Nieprzekoloryzowany, ludzki ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Ale dam wam go poznać w swoim czasie.

Mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że szybko byście się znużyli i uznali, że na lekturze mojej opinii poprzestaniecie. A z całego serca chcę was zapewnić, że „Wyspy szczęśliwe” wędrują do kanonu powieści, które będę polecała chcącym doświadczyć czegoś pięknego. Widać gołym okiem ile pracy i serca zostało włożone między stronice. Bardzo chciałam wynaleźć jakieś słabe strony. Przekopałam w myślach cały tekst i może rzeczywiście zakradła się pewna monotonia w moment, w którym bohaterka odnalazła spokój. Ale czy chwila wytchnienia może być wadą?
Byłam wzruszona i wściekła, oczarowana i wstrząśnięta, rozbawiona i bardzo smutna, czułam niepokój i ulgę. Momentami łzy płynęły same. Czy można dopisać coś jeszcze? Można, ale już chyba wystarczy 🙂

Moja ocena 10/10

Tylko patrzeć jak wiosna przyjdzie, a wtedy i człowiek odżywa, gdy świat na nowo rozkwita. Ty też odżyjesz, bo i w tobie jest siła, tylko uwierzyć w to musisz.