z moich kości
z moich kości
„Z moich kości” (t.2)

„Z moich kości” jest kontynuacją trylogii: Profanum

Częstochowa traci oddech. Fala niewyobrażalnych upałów paraliżuje życie w mieście. Komendant miejskiej policji – Jerzy Walter – martwi się jednak czymś zupełnie innym. W muzeum archeologicznym dochodzi do włamania. Znikają bezcenne kości sprzed wieków. Co więcej po czasie zostają podkładane w miejscach makabrycznych zbrodni. Jerzy błyskawicznie odkrywa, kim jest morderca i jaki jest jego motyw. Otwiera się furtka do jego przeszłości, a on za wszelką cenę musi zmylić własny zespół i na nowo ją zamknąć. Zanim ktokolwiek odkryje prawdę.
Jego brat – biskup Stanisław – już dziewiąty miesiąc siedzi w areszcie, oczekując procesu. Jerzy zaczyna się panicznie bać, że przeszłość, którą oddzielił grubym murem wyjdzie na jaw, a duchowny jej w tym pomoże.

Marcin Dudziński powraca w swoim świetnym stylu. Bracia Walter, z których jeden był tym dobrym, a drugi złym charakterem jeszcze raz okazują swoje oblicza. I tym razem powiedzieć, że zaskakują, to nic nie powiedzieć.

Stanisław jest niepokojąco pewny siebie i spokojny. W jego głowie powstaje plan. Areszt nie przeszkadza mu w realizowaniu go. Ułożył sobie życie w taki sposób, że staje się jedynie mózgiem całej operacji, podczas gdy jego ręce pozostają czyste. Ludzie działający na jego zlecenie nie mają zahamowań. To wątek wywołujący lęki nerwowość. Biskup jest bardzo niebezpiecznym, choć pozostającym w cieniu człowiekiem.

Jerzy za to walczy o każdy oddech. W drugim tomie odsłania się jego przeszłość. Dowiadujemy się jakiego haka ma na niego brat. Co takiego wie Stanisław, że wywołuje to strach komendanta policji? Demony przeszłości sprawiają, że zaciera się jego logika. Współpracownicy patrzą na to zaniepokojeni, zwłaszcza, że morderstwa, ewidentnie będące dziełem seryjnego sadysty, mają jakiś wiązek z pogarszającym się stanem komendanta.

Pisząc tę recenzję czuję niesamowitą ulgę. Nigdy przed Wami nie ukrywałam, że nie jestem do końca obiektywna, jeśli chodzi o powieść toczącą się na ulicach mojego ukochanego miasta. Wiedziałam, że patrzę na wszystko przez pryzmat bycia Częstochowianką. Kamień spadł mi z serca, kiedy kolejny tom Marcina Dudzińskiego okazał się po prostu dobry. Bez kolorowania i naciągania rzeczywistości. To bardzo spójna, napisana bardzo dobrym stylem historia, która ma wstrząsnąć i pochłonąć.

Najlepszą stroną cyklicznych kryminałów są ich bohaterowie, do których się przywiązujemy i na których zaczyna nam zależeć. Dobre postacie gonią złe. Czasami wygrywa jedna strona, innym razem ta druga. Ale co się stanie, jeśli się okazuje, że tak naprawdę nie ma dobrej strony i obie zasługują na karę, na poniesienie konsekwencji? Własnie tak kontrowersyjny wątek i ciężki dylemat wprowadza do swojej trylogii autor Profanum.

Marcin Dudziński, którego nazwisko powinniście zapamiętać, bo jest to autor, o którym będzie głośno, pisze w zadziwiający sposób. Z jednej strony tekst jest lekki. Nie wymaga wielkiej koncentracji, bo słowa same wpływają do głowy i układają się w obrazy. Z drugiej jednak strony opisy są wyjątkowo szczegółowe, zbrodnie misterne, a tok myślenia bywa pokrętny. Każdy z bohaterów ma swój indywidualny charakter, a nawet sposób bycia i wysławiania się. Mają własne historie, a ich zachowania nigdy nie następują bez przyczyny. Wszystko w tej książce ma swój punkt zapalny, przebieg i zakończenie. Nie ma bezcelowych wątków i niezasadnych działań. Majstersztyk.

Należy podkreślić, że nie jest to lektura dla osób o słabych żołądkach. Zbrodnie, które są zmorą palonej upałami Częstochowy, są opisane w takich detalach, jakich być może nie chcielibyście poznawać. Można je określić wręcz bestialsko malowniczymi. Dla mnie to oczywiście atut. Wywołują bardzo silne emocje i urealniają. Uzasadniają strach, napięcie i gonitwę z czasem, jaką czują policjanci.

Strasznie podoba mi się sposób przedstawienia policji. Wbrew panującym w naszym kraju stereotypom to ludzie z pasją wykonujący swój zawód. Mają wpływy i często z nich korzystają, ale też potrafią się w pełni oddać sprawie dochodząc do wszystkiego krok po kroku. Sami określają się mianami węszących psów i bywa, że jest im ciężko znieść przestrzeganie protokołów, kiedy ludzie zarzucają im opieszałość.
Druga strona, czyli kler, jest w książce (jak w życiu) specyficznym mikroświatkiem, w którym jest pełno wszelkich grzechów, chciwości i „nieetycznych” zachowań. To bardzo śmiałe przedstawienie sprawy, przełamanie katolickiego tabu, obnażenie paskudnego zepsucia.

Podsumowując:

Jestem pełna uznania. To szalenie ciekawa i przerażająca jednocześnie historia. Tak realna, jak realne mogą być nagłówki w gazetach. Wprost nie potrafię się doczekać finału, z drugiej strony bojąc się, co może jeszcze narozrabiać autor. Tu niczego nie można przedstawić w sposób czarny lub biały. Biorąc pod uwagę historię bohaterów, zło miało swój początek w dalekiej przeszłości. Dzieciństwo zrodziło diabolicznych braci, którzy kochają się, niszcząc jednocześnie.

Moja ocena 9/10

„Kto się boi dziś najbardziej?
Kogo znają już te drzewa?
Kto się starać musi hardziej?
Ktoś już wie coś? Podejrzewa?”