za nasze winy recenzja
za nasze winy recenzja
„Za nasze winy” (t.1)

Druga połowa XVIII wieku. Laura odnajduje piękną monetę. Mało nie przypłaca tego życiem, ale postanawia zatrzymać znalezisko. Niedługo później opuszcza rodzinną wieś i wyjeżdża z mężczyzną, którego kocha i córką z pierwszego małżeństwa ku nowemu życiu. Ludwig Neubiner poślubia piękną, zaradną Laurę, ale los nie okazuje się dla nich łaskawy. Niedługo do życia wypełnionego ciężką pracą wkrada się prawdziwa tragedia. Córeczka Laury, którą Ludwig pokochał jak własną, umiera.

I zdarza się tak, że w każdym pokoleniu śmierć zbiera potężne żniwo. Rodzina długo wędruje. Szukając swojego miejsca na świecie mieszkają w ciężkich warunkach i podejmują się każdej pracy, nie mając czasu na chwilę zadumy. A kiedy w końcu osiadają w Łanach biorą na swoje barki stary młyn, który staje się stałym i pewnym źródłem dochodu. Znowu pogrążają się w pracy, mającej podnieść standard życia powiększającej się rodzinie. Minie wiele lat zanim zaczną kojarzyć tajemnicze zgony z monetą zupełnie omamiającą swojego posiadacza.

Pierwszy tom cyklu: Tułacze życia wywołał we mnie tak mieszane emocje, że mam olbrzymi problem z jego oceną.
Z jednej strony była to powieść bardzo ciekawa, maczana w wydarzeniach historycznych, ale kompletnie nimi nie przytłaczająca. Nadawały jej jedynie realizmu. Mimo olbrzymiej ilości występującej w książce postaci okazała się klarowna i uporządkowana, nie udało mi się ani raz pogubić w tym kto jest czyim mężem, synem, kochankiem. Opisywana codzienność, choć była monotonna nie nudziła. Było tragicznie, sielankowo, pod górkę i z górki. Jak w życiu. Brakło mi jednak najważniejszego czynnika. Emocji.

Mimo że naprawdę dobrze mi się to czytało i chętnie przeczytam tom drugi, nie udało mi się zaangażować emocjonalnie w wydarzenia. Bo w dużej mierze wyglądały jak spis w referacie urodzeń i zgonów. Chwilami miałam wrażenie, że autorka bierze udział w wyścigu, polegającym na uśmierceniu jak największej ilości bohaterów, a sam George R.R. Martin mógłby poczuć szczyptę zazdrości. Niby tak wygląda życie ukazane na przestrzeni dziesięcioleci. Rodzimy się i umieramy. Ale jest jednak coś pomiędzy. W książce często tego pomiędzy nie było.

Wątek klątwy nie podobał mi się zupełnie. Na początku stworzył fajny, nieco mroczny, niebezpieczny klimat, a później zniknął. Zagrożenie istniało, bo członkowie rodziny padali jak muchy, ale ponieważ nikt przez bardzo, bardzo długo nie wpadł dlaczego tak się dzieje, klątwa straciła swój kształt i urok.

Bardzo lubię powieści sięgające tak daleko wstecz. „Za nasze winy” napisana jest lekko, ale dobrze oddaje ówczesną prostotę myśli i bycia, życie w zgodzie z cyklem natury i obyczajność epoki. Wiejskie krajobrazy zupełnie mnie zauroczyły. Trudy prowadzenia gospodarstwa i pogodzenie z tym, że tak po prostu być musi ujęły realizmem. Poszanowanie wartości rodzinnych i kultywowanie tradycji niczym świętości. Pobożność i bogobojność. Coś, co obecnie zupełnie zanika, a co przecież kiedyś kształtowało narody.

Podsumowanie:

Tak jak wspominałam, książka pod wieloma względami mnie rozczarowała, ale ma „to coś”, przez co sięgnę po tom kolejny. Nie wiem, czy zbliżając się nieubłaganie do współczesności zupełnie nie utraci swojego uroku, mam głęboką nadzieję, że nie.
Zachęcam do sięgnięcia po nią.

Moja ocena: 6/10