„Zostaw mnie”
C

o się dzieje, kiedy wszyscy czegoś od nas wymagają tak naprawdę niewiele dając od siebie? Można dostać zawału!

Maribeth Klein jest pracującą matką bliźniąt. Jej wymagająca posada zmusza ją do intensywnego wysiłku umysłowego, a życie rodzinne jeszcze większego fizycznego. Radzi sobie z tym doskonale. Z niewielką pomocą męża potrafi pogodzić długie godziny pracy z koniecznością odebrania dzieci z przedszkola, ugotowania obiadu, posprzątania, zabawy i mogłabym tak wymieniać jeszcze przez kilka linijek.
Zapewne Maribeth trwałaby długie lata w tym pędzącym wagonie, gdyby nie pewne wydarzenie. O ile ona radziła sobie całkiem przyzwoicie, jej organizm uznał, że więcej tego przeciążenia nie zniesie. Kobieta dostała zawału.

I tym tragicznym wydarzeniem rozpoczynamy powieść. Maribrth, zaniepokojona swoim samopoczuciem, zgłasza się do szpitala, gdzie kilka godzin później przechodzi operację na otwartym sercu.
Wiąże się z tym zabawna sytuacja. Był późny wieczór, Okruszek już dawno usnął, a ja siedzę przy jego łóżeczku nieruchomo z czytnikiem w dłoni. Mój mąż pyta kiedy w końcu przyjdę na serial, a ja mu odpowiadam: Poczekaj, bo moja bohaterka właśnie ósmy procent książki dostaje zawału. Muszę wiedzieć jak to się skończy…
Mija najgorsze, rokowania są dobre, Maribeth musi jednak dużo odpoczywać. I najlepsza zabawa zaczyna się, kiedy może już wrócić do domu z zaleceniem wstrzymania wszelkich wysiłków póki nie dojdzie do siebie.
Bohaterka szybko odkrywa, że tak naprawdę mimo całkiem niezłej gry pozorów nikt sobie z niczym nie radzi bez jej pomocy. No może poza szefową, która błyskawicznie zastąpiła ją młodszą koleżanką. Mąż mimo, że bohatersko zostaje w domu, ma tyle pracy, że nie jest w stanie zadbać ani o dom, ani o dwójkę małych dzieci. Matka Maribeth zarzekając się, że wesprze córkę w ciężkiej chwili szybko sama staje się ciężarem. Maribeth przełamując osłabienie i ryzyko załamania się zdrowia, błyskawicznie staje na nogi wracając do swoich obowiązków. Niesie to za sobą szereg konsekwencji, a ponowny zawał jest jedną z nich. Nikt nie jest w stanie zrozumieć, że codzienność, która jeszcze niedawno była jej normą, jest teraz ponad siły. Przerażona wizją własnej śmierci nie wytrzymuje napięcia i braku wyobraźni ze strony swoich bliskich. Ucieka.

Maribeth wyjeżdża do miasta, w którym się urodziła. Jako dziecko oddane do adopcji chce odszukać swoich biologicznych rodziców, żeby dowiedzieć się, czy atak serca był obciążeniem genetycznym. Na miejscu, starając się zachować jak największą anonimowość, zaczyna sobie układać dzień po dniu. Odnajduje czas na odpoczynek, na przemyślenia odnośnie swojego życia, poznanie nowych osób i próbę odnalezienia siebie.

Gayle Forman znana jest z literatury młodzieżowej i moim zdaniem próba napisania książki dla dorosłych odbiorców spełzła na niczym. Choć bohaterka ma ponad czterdzieści lat nie da się ukryć, że jej zachowanie nie odbiega zbyt daleko od zachowania nastolatki. Podejmuje ona bardzo radykalny i egoistyczny krok. Można by pomyśleć, że panicznie szuka ratunku w ciężkiej sytuacji, ale śledząc fabułę od samego początku nie mogę się z tym zgodzić. Przez sporą część książki dusiła w sobie coraz to większe frustracje na wszystko się godząc. Nawet nie próbowała podjąć rozmowy z matką, mężem czy szefową. W końcu poddając jeszcze nierozpoczętą walkę, zostawia dwójkę małych dzieci pod opieką nieporadnego męża. I to nie na chwilę, a na długie tygodnie! Na mój matczyny rozum zachowała się niedojrzale, tchórzliwie i najzwyczajniej wzięła nogi za pas. Ups! Nie lubię głównej bohaterki.

Przyznać jednak trzeba, że książka świetnie porusza emocjami czytelnika. Początkowo kipiałam ze złości i frustracji, później zapałałam palącą ciekawością, a ostatecznie poczułam czystą sympatię do wszystkich postaci, które w jakiś tam sposób przyczyniły się do zakończenia.
Opisy rodzącej się przyjaźni, zalążka większego, zupełnie zakazanego uczucia. Szereg sytuacji, w których bohatera musi sobie poradzić z życiem tak diametralnie innym niż to, jakie dotychczas prowadziła. Masa wspomnień napływających jej do głowy, tęsknota za dziećmi. Komiczne przygody jakie napotyka na drodze. Wszystko to złożyło się w całkiem emocjonalny obrazek, który ostatecznie przeczytałam błyskawicznie i z przyjemnością. To niesamowicie skuteczna odskocznia od codzienności. Ogólne wrażenia po lekturze pozostają jednak pozytywne.

Blizny są jak tatuaże, tyle że kryje się za nimi lepsza historia.

Moja ocena: 6/10