Muzyka, druga miłość mojego życia cz.1

Chciałbym być sławny. Chciałbym być idolem dla wielu ludzi, inspirować ich, być na plakatach w pokoju nastolatek. Chciałbym zrobić międzynarodową karierę, być rozpoznawalny. Przetrwałbym okres hypu w tabloidach, później wziąłbym głośny rozwód, popadł w narkotyki, wyszedł z nich i powrócił w wielkim stylu. Nieważne czy jako muzyk, pisarz, celebryta z bogatej rodziny, polityk czy zwykły, ciekawy człowiek. Przezwyciężyłbym wszystkie przeciwności aż w końcu przyszedłby pewien tajemniczy jegomość, usiadł przy stoliku na przeciwko mnie i mojego managera i powiedział: „Panie Arturze, chcielibyśmy nakręcić Pana biografię”. Zgodziłbym się pod jednym warunkiem. To ja układam ścieżkę dźwiękową!

Muzyka to jedyna rzecz, jaką się zajmowałem przez ostanie pół wieku. To dzięki niej czuję się fantastycznie, a w chwilach zwątpienia odzyskuję wiarę w siebie.
Ronnie James Dio

W moim życiu muzyka była od zawsze. Pamiętam jak w wieku 6-7 lat leżałem z wysoką gorączką. bólem gardła i płakałem, że nie mogę wspólnie z lecącym z kasety Michaelem Jacksonem śpiewać jego piosenek. Był on moją pierwszą muzyczną fascynacją, choć dość mainstreamową jak na tamte czasy. Miałem wszystkie kasety, miałem masę plakatów, miałem książkę biograficzną, której nigdy nie przeczytałem, znałem wszystkie piosenki, śpiewałem je i łapałem się za krocze gdy nadszedł czas na wielki finał w moim układzie tanecznym. Dzisiaj, choć gatunkowo jestem zupełnie w innych strefach muzycznych, cyklicznie nachodzi mnie ochota na dzień z MJ-ejem i za każdym razem uzmysławiam sobie, że muszę to robić częściej.

Muzyka – to jest wyłom, przez który dusza, jak więzień z więzienia leci czasem w regiony wolności. Muzyka – to córa wszystkich muz.
Stefan Żeromski

W późniejszych latach dopadła mnie muzyka popularna. W tamtych czasach na szczęście nie był to aż tak zły wybór. Przebrnąłem przez okres muzyki elektronicznej skierowanej do break-danceowców, przez krótką popularność muzyki latynoskiej, aż w okresie licealnym i mojej pełnoletności skończyłem na techno i muzyce klubowej, choć do klubów raczej nie chodziłem. Nie do końca jestem w stanie wyjaśnić to muzyczne średniowiecze mojego życia. Usprawiedliwiam to dobrymi basowymi głośnikami w pierwszym samochodzie oraz częstymi domówkami u jednego z kolegów. Wielcy wykonawcy tego gatunku w tym okresie, jak choćby DJ Tiesto, swoją muzykę tworzyli w oparciu o pewną prymitywność pierwszej muzyki, była nieco plemienna, rdzenna. Miało to swój urok, pozwalało na pewien trans. W tym okresie to mi wystarczało. Na przełomie zakończenia szkoły średniej coś się jednak popsuło. Moje składanki zaczęły się nazywać „Największe Przeboje Radia Z”, a to było pójście na łatwiznę. Zacząłem rozumieć, że wybierana przeze mnie muzyka podoba się moim współsłuchaczom, a przestaje podobać mnie. Był to okres mojego życia, kiedy nie miałem czasu się nad tym zastanowić. Pamiętam jednak utwór, który kazał mi jednak poświęcić na te rozmyślania chwilę: Jennifer Lopez feat. Pitbull „On the floor”. Rozterka dotyczyła faktu że niezła, choć wtedy już nieco wygasła artystka zdecydowała się sprzedać do muzycznego gniota. Zdałem sobie sprawę, że muzyka mainstreamowa jest robiona dla pieniędzy. Wiem, że wniosek nie jest odkrywczy, ale uświadomienie sobie tego faktu zniszczyło mój pogląd o tym gatunku. Artyści przestali zaskakiwać, przestali tworzyć, przestali być wykonawcami. Usłyszałem, że producent Timbaland ma gotowe hity, które sprzedaje temu kto ma nazwisko i dobrze zapłaci. Gwarancja hitu! To najlepiej pokazało mi co się stało. Muzyka przestała być dziełem a zaczęła być towarem, który ma się podobać i ma na siebie zarobić. Zaczęły się również pojawiać gwiazdki jednego utworu, które nagrały utwór, kupiły lamborghini i zniknęły na zawsze. Niestety, ale korporacyjność dotknęła branży muzycznej, pogoń za zyskami stała się ważniejsza niż twórczość. To był dla mnie koniec muzyki popularnej i czas ciszy, po którym ciężko było mi się podnieść.

Początek okresu zbłądzenia był czasem szukania muzyki jak najbardziej innej od muzyki słyszanej w radio. To były dziwne utwory, mroczne, chyba mądre, nieszablonowe. Pamiętam, że potrafiłem określić to czego szukam. Utwór perfekcyjny miał mieć wokalistkę o psychodelicznym wokalu dominującym nad czarnym, spokojnym choć pikantnym tłem. Błądziłem po internecie w gatunkach muzycznych o przerażających nazwach: Dark Psycho Witch Trans. Znalazłem kilka utworów na tyle dziwnych, że podołały moim wymogom: Esben and the Witch – „Marching Song” (polecam się zapoznać z piorunującym, minimalistycznym teledyskiem) oraz Björk (feat. Skunk Anansie) Army of Me. Niestety satysfakcja z łowów była krótka, a utwór perfekcyjny okazał się nie tym czego szukam. Z tego okresu pozostała pewna potrzeba, którą obecnie w sprecyzowanej i spokojniejszej formie zaspokaja twórczość Florence and The Machine.

Z pomocą przyszedł mój siostrzeniec który słuchał muzyki rockowej.

Hard rock i metal – nowa jakość w moim muzycznym życiu!

Uświadomiłem sobie że znam tę muzykę. Jako zbyt młody chłopak grałem w grę Carmageddon, w której tle grały utwory zespołu Iron Maiden. Ówczesna fascynacja została zgaszona przez starszą siostrę, która stwierdziła, że słucham drących się kotów. Jako grzeczny chłopiec uwierzyłem jej i szybko wróciłem do dawnej muzyki.
Teraz, jako słuchacz dojrzały i po przejściach zobaczyłem więcej. Byłem jak Rosie z książki Cecelii Ahern, która zdaje sobie sprawę, że jej najlepszy przyjaciel jest miłością jej życia od zawsze będącą tuż obok, ale zamkniętą we „friend zone”.  Znałem gatunek, znałem zespoły. Wystarczyło się tylko w tym odnaleźć. Z pomocą przyszedł Internet i pobrana składanka „500 best classic rock songs ever”. 500 piosenek, same hity, po kilka na wykonawcę. Zacząłem słuchać, dodawać i usuwać, szukać, drążyć aż pewnego dnia nie przerzuciłem piosenki zaczynającej się od 80 sekundowego (!) cichego wstępu – Holy Diver.