Nowa część Greya wkrótce! Znamy szczegóły!

Zaintrygowany recenzją książki JOJO MOYES „Kiedy odszedłeś„, postanowiłem przedstawić swój skromny manifest względem obecnego rynku wydawniczego na świecie. Niestety, nie jestem profesjonalnym analitykiem a jedynie czytelnikiem, dlatego do całej mojej wypowiedzi proszę podchodzić z dystansem.

Co się stało? Co ja pacze?

Książka od zawsze jest uważana ze rozrywkę wysokiego lotu, przynajmniej w Polsce. Coś jak chodzenie do filharmonii, teatru, prawdziwe ubogacenie własnej kultury (nie to co teraz dostajemy z Afryki). Pogląd taki zapewne wziął się stąd, że jest to medium bardziej wymagające. W przeciwieństwie do pójścia do kina na nowy film Marvela, w którym wszystko podane jest na tacy, do zrozumienia przekazu pisanego trzeba się wykazać umiejętnością interpretowania, czasem oraz wyobraźnią. Wszystkie te cechy wydają się być na bakier z obecnymi standardami wychowania. Wszędzie się spieszymy, zamiast dziecku poczytać dajemy smartfona do zabawy. Nie jestem hipokrytą, sam też tak robię. To takie wygodne. Niestety, takie mamy obecnie czasy i jeśli nie zachowa się umiaru i pewnej dozy samozaparcia, łatwo jest to wygodnictwo uznać za standard. Jeśli tak się stanie, kolejne pokolenie dzieciaków będzie zgoła niepełnosprawne, choć ZUS renty na to nie da. Burzą się podstawowe wartości rodzinne, tracimy kontakt między sobą, bo wszyscy się spieszą zrobić te takie bardzo ważne rzeczy, jak polajkować fotkę na Instagramie. „Kochanie, nie teraz bo czytam ważny artykuł o ciąży Lewandowskiej”. Gdzieś się pogubiły priorytety.
W całym tym zgiełku, chłamu informacyjnego, mamy znaleźć czas na wyciszenie się? To możliwe?

Czy na samej górze pracują idioci? Dlaczego wydają tak beznadziejne książki? Zwolnić ich!

Okazuje się, że pracują tam marketingowcy, nie pasjonaci książek! Wydawnictwa to przecież przedsiębiorstwa. Istotą przedsiębiorstwa jest zarabianie pieniążków, akcjonariusze cisną, aby z roku na rok zyski były większe. Nie jest to niezwykłe, choć w jakiś stopniu godzi w świętą misję książki. Ludzie decyzji, jako istoty myślące, dostosowują swoje produkty do potrzeb rynku, który z roku na rok jest coraz mniej wymagający. Myślę, że wielkim testem czytelników i możliwości wciskania im towaru gorszego sortu było wydanie serii o różnych odcieniach szarości oczu wielkiego biznesmana. Niestety, my jako czytelnicy oblaliśmy ten test (delikatnie mówiąc, bo stwierdzenie że dostaliśmy „pałę z gustu” jest nie na miejscu). Otworzyło to furtkę wydawnictwom i, moim skromnym zdaniem, właśnie ta książka jest historycznie przełomowa, jak holokaust. Choć w sumie nie, bo po holokauście ludzkość stwierdziła „nigdy więcej”, a tutaj, korzystając już z brzydkiego porównania, została opowiedziana historia z perspektywy Niemca.

W moich oczach w ostatnim czasie rynek wydawnictw pisanych dopadł ten sam nurt co muzykę i film. Celem korporacji jest wspomniany zysk, który ze względu na panujące trendy łatwo wydobyć dostarczając tanią, szybką i niewymagającą rozrywkę. Spojrzałem sobie na Wikipedię, listę najbardziej dochodowych filmów ever. Nie dam złego słowa powiedzieć na Króla Lwa, Władcę Pierścieni, nawet Titanica czy niżej notowanego na liście a mojego ulubionego Foresta Gumpa. Są to filmy które sami sobie polecaliśmy. Po wyjściu z kina można było godzinami rozprawiać o walorach przestawionej historii. Nie znam jednak osoby, która po wyjściu z kina z filmów Batman V Superman albo Kapitana Ameryki: Wojna Bohaterów stwierdziła: „Kurcze, dawno nie widziałem tak dobrego filmu! Co Ty o nim sądzisz?”. Nieeee, najczęściej wychodzimy z kina zażenowani, w milczeniu, zastanawiając się co my robimy ze swoim życiem. Problem polega na tym, że jak wyjdą nowi Avengersi to i tak pójdziemy, bo ten film to już na pewno będzie HIT. Tak, na pewno.

Podobnie jest ze wspomnianą powieścią. Czy słyszeliście wypowiedź: „Druga część szaro-barwnego człowieka jest znacznie lepsza od pierwszej. Autorka stanęła na wysokości zadania pokazując kunszt własnego rzemiosła i wyobraźni erotycznej.” Nie, wręcz przeciwnie. Wszyscy jadą równo. Czy komuś to przeszkadza? Nie, kolejny bestseller. Sami jesteśmy sobie winni.

Sięga mi między nogi, pociąga za niebieski sznureczek – że co?! – i delikatnie wyjmuje tampon, po czym wyrzuca go do muszli klozetowej. O kuźwa. Święty Barnabo… Jezu. A potem jest już we mnie… ach! (…)  o rety. Trzymam się kurczowo umywalki, dysząc, napierając pupą na niego, czując go w sobie. Och, cóż za słodka udręka… (…) o matko.

Rozrywka na takim poziomie jest narkotykiem (jaki znam z popkultury, nie autopsji). Jest łatwa, szybka, niezobowiązująca, daje silne doznania chwilowe i wielkiego kaca na odstawkę. Im częściej będziemy go brać i stwarzać popyt na taką usługę, tym twórcy będą starali się utrzymać podaż i taką rozrywkę nam dostarczać. Tworzy to błędne koło które dąży do apokalipsy intelektualnej społeczeństwa.

Czy jest dla nas ratunek? Panie Premierze, jak rzyć?

W moich oczach pozostał na tym świecie ostatni bastion wysokiej, lub po prostu dobrej jakościowo rozrywki. Serial. Tym lepszy jest to przykład, że nurt ten kilka lat temu wstał z kolan. Twórcy zauważyli w jakiś sposób, że serial musi być jakościowo dobry, aby przyciągnąć widza. Tylko wtedy będzie hitem zatoki piratów, ludzie będą o nim opowiadać, a my zarabiać wincej pieniędzów! Idealnym przykładem jest zeszłoroczny „Stranger Things”. Niby nic ambitnego, ale aby w pełni rozumieć fenomen trzeba znać popkulturę lat 80-tych, książki Kinga, być odpowiednio niemłodym aby uruchomić sentymenty. Trzeba należeć do niszy odbiorców zaangażowanych.

Wiem, że i w serialach bywa różnie, ale taki w moim odczuciu jest obecny trend. W jakiś sposób to przekonanie nie chce wejść na duży ekran, dostajemy Warcrafta i Assassina. I wszyscy krytykują, że marne filmy, ale Assassin już jest planowany w trylogii, prezesy zacierają rączki.

Książka jako medium leci na łeb na szyję. Jeśli sami nie zdecydujemy, że trzeba coś z tym zrobić, góra nie zrobi tego za nas. Widać to nie tylko po wątpliwej jakości treści ale i samego medium. Drażni mnie, jak widzę książkę z okładką kopiuj-wklej z poprzedniej bez foliowania, z marnym papierem w środku w cenie 50zł! Są wydawnictwa, jak choćby mój ulubiony SQN, które dbają o jakość zarówno merytoryczną jak i sensoryczno-wizualną swoich produktów. Cieszą mnie również coraz częściej pojawiające się wydania kolekcjonerskie. Ale to wszystko są nisze, kropla w morzu. Póki sami będziemy ulegać modzie na kicz, kicz będzie nam dostarczany. Skoro nawet sam Król Horrorów sprzedał swoją markę korporacji, wydając 10 książek w roku, to znak że dzieje się źle.

Pozdrawiam
Artur

PS. Przepraszam za tą jawną prowokację z okładki, ale po przeczytaniu artykułu wierzę, że ją zrozumiecie.

  • To prawda, że poziom książek i filmów w dzisiejszych czasach w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenia. Zawsze się zastanawiam, czy jest to spowodowane tym, że ludzie mają teraz taki niski poziom i wydawcy oraz producenci dostosowują się do nich, czy na odwrót. Jeśli chodzi o Greya, to przyznaję, że przeczytałam. Zdecydowałam się jednak na wersję oryginalną, ponieważ słyszałam, że polskie tłumaczenie jest beznadziejne. Przebrnęłam przez dwa tomy i stwierdzam, że to taki współczesny kopciuszek dla gospodyń domowych;). Pomijając samą treść, uważam że autorka w ogóle nie ma warsztatu pisarskiego, jest zwykłą amatorką. Jednak to wszystko nie powstrzyma mnie przed udaniem się do kina na drugą część:))))). Bilet juz zakupiony:)))))). Pozdrawiam serdecznie Ania.

  • chwyt z książką i tytułem posta godny światowej klasy marketingowca 😀 wiesz, jak przykuć uwagę!

    • dziękuję, taką mam pracę 🙂

  • piszeczytamgotuje.blogspot.com

    Ja się zastanawiam czemu ludzie, gdy wyjdzie jakaś książka, od razu za nią lecą z wywieszonym językiem. Sami nakręcają to, że jakaś książka zostaje bestsellerem – tak było z „Dziewczyną w pociągu” . Potem wiele osób krzyknęło: „Jak to?! To jest bestsellerem?!” – Tak zostało, bo wszyscy lecą na NOWOŚCI… przecież wydawnictwo nie wydało i samo nie kupiło tych książek -.-
    Ja nie patrzę na „polecanie”. King poleciał – to dobre! Picolut poleciała- biorę! Zbyt dużo osób nie sięga po starsze książki, po te które nie były reklamowane przez wydawnictwa, innych autorów. Książki jeszcze nie zostają wydane, a już się o nich kręci filmy…

    • Jak już przytaczasz „Dziewczynę z pociągu”, czy tam w pociągu, to powiem Ci, że akurat ta pozycja mnie skłoniła do obserwacji. Jak tylko zobaczyłam, że King poleca, to od razu zapaliła mi się lampka „Oho, będzie się działo”. I rzeczywiście chwilę później recenzje poleciały w dziesiątkach. Jak przypuszczałam masa z osób opiniujących nie rozumiała, jak całkiem przeciętna powieść stała się światowym bestsellerem. Do tej pory nie przeczytałam. Ja po prostu z góry nie toleruję tego medialnego huku. Nacięłam się ostatnio na „Zanim sie pojawiłeś” i uznałam, że już nigdy więcej.

      • piszeczytamgotuje.blogspot.com

        Ja „nowości” czytam po kilku latach 😀 Jest zbyt duży szał! Tym bardziej, że po książki – dla dorosłych – sięgają młode osoby, które zbyt mało jeszcze czytały, gdzie takie książki nie są skierowane dla tak młodych ludzi, ale to one te książki… wynoszą pod niebiosa np „Ugly love” -.-

  • Marta Czerska

    Będę do upadłego bronić poglądu, że romanse erotyczne są potrzebne na rynku, bo po prostu są. To jest takie porno dla kobiet, nie ma się czym chwalić, nie jest to literatura wysokich lotów, ale zaspokaja pewne potrzeby czytelniczek. Uważam też, że mężczyźni z zasady powinni unikać czytania i komentowania tego typu książek, bo nie są „targetowanym” odbiorcą. To tak jakby sześćdziesięcioletni facet oceniał czy „Barbie jako Roszpunka” to fajna bajka. Wątpię, żeby miał te same przemyślenia co pięcioletnia dziewczynka, dla której ta bajka została de facto stworzona. Jednocześnie zgadzam się z opinią, że „Grey” to dno i pięć metrów mułu. To nie jest dobra literatura po prostu, nie jest to też dobra literatura erotyczna. Romanse erotyczne z zasady są dość naiwne jeśli chodzi o treść, ale Grey zagina logikę tak bardzo, że komórki mózgowe czytelnika zaczynają się rozpaczliwie buntować przez zalewem głupoty płynącym z każdej strony. Język jest koszmarnie ubogi, trzy metafory na krzyż, powtarzane do znudzenia. W dodatku dokładnie widać, że książka zaczynała jako fanfik „Zmierzchu” i autorce nawet nie chciało się pozmieniać tych fragmentów, które publikowała na forum internetowym jako fanfik. Jednym słowem uważam, że nie ma nic złego w komercji, również książkowej, nie ma również nic złego w romansach erotycznych, w końcu nie każda książka musi być opus magnum, na rynku zawsze istniały Harlequiny, zaspokajające te „niższe” potrzeby literackie, ale czy nie można by wybrać tych nieco lepszych erotyków? Czy naprawdę najmocniej promowane musi być to najgorsze g**no z danego gatunku?

    • Droga Marto, nikt nie twierdzi że erotyk to coś złego. Złe jest to że wydawnictwa z gniota robią hity. Nie znam osoby która by nie wiedziała co to Grey, a znam kilka które nie wiedzą czym jest Jeździec Miedziany. Wartościowe książki nie są promowane bo zdaniem wydawnictw są za trudne w odbiorze dla klienta targetowego. A my się na to zgadzamy, chcemy być takim klientem. Wszystko proszę traktować w kwestiach bardziej uniwersalnych, problem jest szeroki a przytoczone w artykule przykłady są przykładami.

      • Marta Czerska

        Drogi Arturze, jeśli przeczytasz uważnie mój komentarz to powinieneś odkryć, że właśnie o to mi chodziło, mniej więcej 🙂 Dodałabym tylko, że na rynku jest miejsce na promowanie zarówno erotyków (które raczej nigdy nie będą specjalnie wartościowe literacko) jak i literatury wyższych lotów, bo jest zapotrzebowanie na wszystko. Nie rozumiem tylko dlaczego promuje się złe erotyki. Jest około tysiąca książek dokładnie w tym samym stylu co Grey, z czego większość jest lepsza, więc dlaczego właśnie Greya się promuje? Jak dla mnie nie powinno być wyboru między Greyem a „Jeźdźcem Miedzianym”, ponieważ są to dwa różne gatunki, powinien być na przykład wybór między E.L. James a Alexą Riley, które piszą dokładnie w tym samym gatunku, z tym że ta druga dużo lepiej.

  • Tytuł tego posta to totalny clickbait. Normalnie nie lubię czegoś takiego, ale tutaj mnie to śmieszy. Nie wiem dlaczego. 😀

    Co do samego tekstu – napisałeś: „Póki sami będziemy ulegać modzie na kicz, kicz będzie nam dostarczany”. To mi przypomniało moje wykłady z estetyki, gdy sędziwy już pan profesor wykładał nam, czym jest kicz. I wyszło na to, że trochę kiczu jest potrzebne, bo dzięki niemu jesteśmy w stanie docenić prawdziwą sztukę. Coś jak ta filozoficzna odpowiedź na pytanie o sens istnienia zła – musi być zło, żebyśmy umieli ocenić, czym jest dobro.
    Z książkami chyba jest tak samo – i tak być musi moim zdaniem. Nigdy nie dojdziemy do sytuacji, gdy sprzedawać się będzie literatura dobra, mądra i ambitna i tylko takie pozycje stać będą na księgarskich półkach. Mam wrażenie, że tak już ustawiony jest ten świat – do wartościowych rzeczy zawsze trzeba dotrzeć z trudem. Promowane są z reguły rzeczy przeciętne lub kiepskie właśnie po to, żeby wmówić potencjalnych konsumentom, że potrzebują je kupić. Najlepszy przykład z ostatnich miesięcy – „Dziewczyna z pociągu”. Wielka kampania, polecenie od Kinga na okładce i co? No klops. Nawet w mojej miniaturowej ankiecie na temat czytelniczych zaskoczeń i rozczarowań książka Pauli Hawkins zdobyła niechlubne pierwsze miejsce, tak bardzo zawiodła.

    A tak całkiem na marginesie – przed tekstem powinno być ostrzeżenie, że zawiera on treści niebezpieczne dla zdrowia. Przy czytaniu tego cytatu z „50 twarzy Greya” (jak mniemam) autentycznie rozbolały mnie zęby. Jestem zażenowana, ze coś takiego powstało…

    Pozdrawiam!

    _____________________________________________
    http://herbaciane-mysli.blogspot.com/

    • jak wspomniałem tytuł jest specjalnie taki, a nie inny. Brudny zabieg marketingowy pokazujący jak to wszystko działa.

      Co do Kinga. Moim zdaniem (mam taką teorię spiskową) on już nie pisze. Ma ghost-writerów którzy piszą pod jego marką. Przepraszam, ale jak porównuje Smętarz Zwieżąt (czy jak to się pisało z błędami) i obecną trylogię Pana Mercedesa to… to wyciągam wniosek jak powyżej.

      • Sprytny chwyt. Podoba mi się.

        O ghostwriterach Kinga słyszałam już kilka lat temu. Ponoć on wymyśla pomysł i tworzy jakieś luźne kawałki tekstu, a resztą piszą za niego tajemniczy „inni”. Nie wiem, ile w tym prawdy, pewnie nigdy się nie dowiemy, ale… hej, pewnie to nie jedyny taki przypadek i ie jedyna „branża”. Podobno Daimien Hirst działa podobnie – wymyśla projekt, który realizują za niego inni ludzie, a on tylko sygnuje go swoim znanym nazwiskiem. W sumie to strasznie smutne. Ale czy można coś na to poradzić?

  • Cóż, jak sam zauważyłeś, coraz bardziej przyzwyczajamy się do tego, co łatwe, szybkie i przyjemne i tak jest również z książkami, zwłaszcza, że gnioty pokroju Greya są wciskane swoją reklamą dosłownie wszędzie. I nie chodzi nawet o tematykę, ale właśnie o styl pisania. Erotyki też mogą być pisane pięknym działającym na wyobraźnię językiem, pozbawionym wulgarności, a w przytoczonym cytacie, który świetnie zresztą przedstawia styl całej serii, to jest po prostu niesmaczne i żenujące. Szkoda tylko, że literatura na takim poziomie jest mocno promowana, a do ambitnych książek człowiek musi docierać sam i często z wielkim trudem.

  • Norsevia

    A mnie bardziej intryguje kwestia reklamy i marketingu. Zgadzam się, że czasami jesteśmy tak atakowani różnym produktem, że się poddajemy i ruszamy kupować/ czytać/oglądać.

    Świetnym przykładem jest książka „Porąb i spal”, której sama o mały włos nie kupiłam – tak byłam zaintrygowana. Na szczęście już dawno nauczyłam się, że warto poczekać, poczytać recenzje z ulubionych blogów, albo wypożyczyć biblioteki, a nie potem żałować wydanej kasy.

    Jeśli chodzi o filmy to nawet rozumiem nachalność reklamy – wydali straszna forsę, ale wyszedł chłam, więc muszą chociaż odzyskać tę kasę.

    Natomiast w literaturze nie rozumiem tego zupełnie.
    Niech Grey będzie przykładem. Poniżej Marta Czerska napisała, że romans erotyczny jest potrzebny. No pewnie, że jest – sama chętnie czytam. Ale dlaczego włożono kasę w promocję Greya, a nie czegoś co jest chociaż trochę lepiej napisane? Np. „Piękny drań”? Nikt nie twierdzi, że książka jest zła, bo jest erotyczna. Ale jest zła, jeżeli ma całą masę braków, język jest do bani, a kretynka wzdycha „o święty Barnabo”.
    Tyle dobrych, wartościowych lub ciekawych książek powstaje i jest wydawane, ale przechodzi bez echa, bo nie miały reklamy.
    Słyszeliście o trylogii „Zaginiona księga” Pauliny Hendel (część pierwsza „Strażnik”)? Ja nie słyszałam – trafiłam przypadkiem. Nie jest to książka ambitna, ale autorka ma talent i potencjał. Pół roku (PÓŁ ROKU!), po premierze 3 części, na targach książki, wydawnictwo sprzedawało je po 10 zł za tom. A „Łowca” na okładce ma cenę 39,90.
    I po prostu nie rozumiem tego: młoda pisarka, można z nią jeszcze popracować, dać dobrego redaktora, wyłożyć trochę kasy na reklamę i mielibyśmy nową literacka gwiazdę. A tak – o autorce nic nie słychać, a wydawnictwo promuje kolejny amerykański chłam.
    Naprawdę nie można z taka sama mocą promować książek po prostu dobrych?

    • nic dodać, nic ująć. Twoja opinia pokrywa się z moją.

    • Nie jestem specjalistką od rynku wydawniczego, nie pracuję w wydawnictwie, ale mam przeczucie, z czym to może być związane. Skądinąd wiem, że wypromowanie młodego, polskiego autora jest nie tylko bardzo kosztowne, ale i pociąga za sobą spore ryzyko. A podobno jest kryzys, podobno rynek księgarski w Polsce upada, a Polacy nie czytają. Co w takiej sytuacji? Cóż, o wiele łatwiej, taniej i bezpieczniej jest kupić prawa do wydania książki, która za granicą odniosła sukces i zarobiła na siebie. Proste. I przykre.

      • Norsevia

        No właśnie stwierdzenie „Polacy nie czytają” nie do końca się sprawdza w przypadku rozdmuchanych marketinowo książek – nagle się okazuje, że sprzedano ich tyle, że opłaca się drukować kolejne podróbki.

        Chciałabym, żeby ktoś zrobił taki eksperyment:

        Wziął zdolnego, polskiego autora, który tworzy literaturę popularną, np. z literatury kobiecej lub fantastyki i zacząć go promować. Dać mu obco-brzmiący pseudonim, pomachać czytelnikom zdaniami typu: „zagraniczne wydawnictwa walczą o prawa do wydania”, „Spielberg chciałby wyreżyserować film na podstawie”, „odkrycie ostatnich lat”. I jakby to wtedy wyszło?

  • A ja muszę dodać komentarz nie związany z postem, ale z blogiem owszem. Masz wspaniałe logo. Brawo!