recenzja outlander
recenzja outlander
Czarny VS Czerwony, czyli historia niezwykłego uczucia. Recenzja serialu OUTLANDER.

Muszę się Wam przyznać, że uwielbiam seriale. Długie, wielosezonowe. Ważnym elementem jest dla mnie przywiązanie do bohaterów i nawet jak sezon jest słabszy to co? Kocham dziada z jego wadami, tyle żeśmy razem w końcu przeszli! Dla przykładu serial Supernatural, 13 sezonów (ile to lat?!). Ludzie narzekają, że to już nie to. Ja będę oglądał choćby mieli masło kroić przez kilka odcinków. Jakaś taka głupia lojalność, sentyment. Druga sprawa to chęć przeżycia czegoś na kształt przygody, czegoś magicznego. Jak już się zacznie to nie chce żeby się kończyło. Niech trwa wiecznie! Zwłaszcza lubię się wiązać z seriami ciepłymi, emocjonalnymi. Ostatnio udało mi się wkręcić w coś nowego, choć krótkiego – póki co. Mowa o serialu Outlander, który postawił mnie na głowie z wielu powodów. Jeśli czytacie FB Kanapy Literackiej to już jeden z nich znacie…

Wszystko zaczęło się od Moni, gdy mieliśmy krótki romans z grą Fallout 4. Może byśmy obejrzeli coś mądrego? – spytała. Zupełnie jakbyśmy oglądali samych Avengersów… No nic. „Mam taki nowy serial, że Pani cofa się w czasie o 200 lat do XVIII wiecznej Szkocji, romans, kostiumy, peruki. Zobaczysz, będzie super!” Jakoś mnie w tym momencie natchnęło (absolutnie nie specjalnie), żeby odwiedzić zapomniane miejsce zwane wypożyczalnią bluray. I tak zeszło kilka dni na oglądaniu filmów typu „La La Land” (bez komentarza). Po tym czasie nie miałem się już czym bronić. Choć przyznać muszę, że Monia bardzo często wybiera dobrze i mimo początkowej niechęci zwykle jestem jej wdzięczny. „Dobra, dawaj ten serial”.

Nasza protagonistka, Claire, jest sanitariuszką służącą na froncie alianckim drugiej wojny światowej. Poznajemy ją w chwili, kiedy wraca ze swojej służby i wspólnie z mężem historykiem, Frankiem, wybiera się na urlop re-poznawczy do Szkocji. Frank stara się skorzystać z okazji i wspólnie z miejscowym pastorem bada swoje drzewo genologiczne, odnajdując przodków z początku XVIII wieku. Claire chętnie chłonie nowe informacje, dzieli po części pasję męża do historii. Pewniej nocy idą obejrzeć po kryjomu odwieczny i mistyczny rytuał przy magicznych kamieniach (wyobraźcie sobie małe Stonehenge). Nazajutrz Claire wraca w to miejsce, słyszy dziwne dźwięki i puff! Wpada w tunel czasowy i ląduje w 1743 roku. Po kilku małych perypetiach trafia do zamku klanu McKenzich, gdzie zostaje medyczką.

Zaczęło się więc niewinnie i przewidywanie. Ale szybko się do niego przekonałem. Serial ten uspokajał, tempo było niespieszne. Bo wiecie jakie są teraz seriale, akcja, akcja, akcja, bez wytchnienia. A tu nie. Buduje sobie mały szpitalik w piwnicy zamku, karmi kury, pierze majtki. Sielanka. Po dniu pracy i masy rzeczy na głowie dawało to wytchnienie i wyciszało. Jednak coś było nie tak. Serial zapowiadał się na obyczajowo-romantyczn0-kostiumowy, a co chwile miały miejsce mniejsze i większe, odważne sceny rozbierane. Od czasu mniej więcej polowy Gry o Tron jestem zwolennikiem zachowania umiaru w takich scenach, nie lubię jak mają miejsce bez wpływu na fabułę. Tak jakby (przepraszam za określenie) cyckami starali się przyciągnąć młodszą widownie lub facetów. I tutaj sceny te stały na granicy przesytu. Bardzo mi to kontrastowało z sielanką dnia codziennego produkcji. Wszystko się wyjaśnia, kiedy poznajemy lepiej głównego antagonistę serialu, przodka męża Claire, kapitana Jonathana “Czarnego Jacka” Randalla.

Przygód naszych bohaterów opisywać nie będę, bo spojlerować nie chcę. Muszę Wam jednak powiedzieć jedno: ten serial to troll. Niszczy gatunek do którego go szufladkujemy, jednocześnie się w niego wpisując. Zdecydowanie choruje on na schizofrenię, łącząc przytoczone ramy z istnym horrorem. To tak jakby Mickiewicz w Panu Tadeuszu chorował na Zespół Tourette i w co trzynastym wersie przeklinał jak szewc. Jakby Leonardo Da Vinci domalował przepaskę pirata Mona Lisie. Jakby film z wesela młodej pary był przeplatany egzekucjami Państwa Islamskiego. Kontrast jest tak silny, że rozwala porządek jakiego oczekujemy. Sceny i emocje są tak intensywne (pod każdym względem), że Monia (powaga) chowała się za fotel i zatykała uszy powtarzając „la la la”, a ja łapałem się za głowę. Wiedzcie, że obejrzeliśmy prawdopodobnie wszystkie horrory jakie powstały i myśleliśmy, że ciężko nas zaskoczyć. Mimo to serial wywiązuje się ze wszystkiego co obiecuje. Jest najpiękniejsza historia miłosna, która zdecydowanie Was nie rozczaruje. Są piękne krajobrazy, Szkocja, Paryż, Anglia, ciekawa i bardzo prawdziwa część historyczna, ŚWIETNI aktorzy i to drugie coś, co jest tak świeże w świecie seriali (a być może i książek) jak finał pierwszego sezonu Gry o Tron. Outlander przełamuje schematy, bawi się konwencją i po cichu śmieje się z widza dając pstryczka w nos jego przyzwyczajeniom. Romantyczna scena, jest blisko, ciepło, pewnie mokro i nagle ktoś komuś łamie nos, przez przypadek. I za każdym razem kiedy pojawi się mrok, będziecie mieli napięte mięśnie do granic skurczu. Kiedy „Czarny Jack” pojawi się na ekranie, będziecie włączać pauzę i zastanawiać się czy oglądać dalej. Będziecie widzieć jego twarz w miejscach gdzie jej nie ma. Mam nadzieję, że nie będzie się Wam śniła po nocach, to będą bardzo mokre sny. Nie, nie tak mokre. Lawenda też Wam się przestanie kojarzyć z szafą starszej Pani…

Outlander jest zdecydowanie produkcją zaskakującą, bezkompromisową, w której można się zakochać. Polecić go mogę nie tylko fankom (i fanom) Jane Austin, których serial na pewno nie rozczaruje, ale również osobom nie związanym z tym klimatem. Serial ten rozczula i zabija, ale w całej swojej rozciągłości odczuwam do niego tylko pozytywne emocje. Niestety w połowie trzeciego sezonu charakter serialu się mocno zmienia z wymienionego na bardziej przygodowy, w klimacie serialu Piraci. Fabuła oparta jest chronologicznie na książkach autorki. Tytuł kolejnej zapowiada powrót do korzeni. Liczę więc, że jest to tak zwana cisza przed burzą! Nie mogę się doczekać powrotu do zielonej Szkocji!

Bardzo ciekawy jestem Waszych emocji z nim związanych. Oglądaliście lub planujecie oglądać? Dajcie koniecznie znać w komentarzu! Dajcie też znać czy interesują Was tego typu wpisy, takie lżej związane z literaturą.

PS. Powyższa opinia jest zbiorem odczuć dotyczących serialu. Nie miałem przyjemności jeszcze czytać pierwowzoru w postaci książek Diany Gabaldon, niemniej są one na szczycie mojej listy na najbliższy czas.