Pamiętnik z wakacji

Witajcie, czy też może AHOJ, Kamraci!

To mój pierwszy dzień po urlopie, więc jak widać powyżej, jeszcze nie do końca na poważnie i bynajmniej nie będzie to wpis z mądrym morałem. Tak właściwie to nie potrafię do końca zebrać myśli, a z ubraniem ich w słowa mam jeszcze większy problem. Nie bez winy jest upał panujący za oknem (przed oknem też). W tym roku po raz pierwszy podałam sobie rękę z klimatyzacją. Nie znosiłam bestii. Zawsze boli mnie przez nią gardło, a soczewki same wyskakują z przesuszonych oczu. W czasie drogi powrotnej znad morza poklepałam ją przyjaźnie po ramieniu i podziękowałam, ponieważ była jedynym źródłem nieparzącego płuc tlenu.

Urlop spędziłam dwojako. Pierwszy tydzień przywitał nas rzęsistym deszczem, niską temperaturą i średnio dwoma burzami dziennie. Ponieważ nie jesteśmy typami łatwo się poddającymi i liczącymi na wylegiwanie się na plaży, poubieraliśmy się w kilka warstw ubrań, zarzuciliśmy na to płaszcze przeciwdeszczowe i, pomimo pogody, łaziliśmy po okolicznych lasach i wzgórzach.


Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zwiedzić Gdyni, musicie wiedzieć, że to wyjątkowo górzysty teren. Pokonywaliśmy dziennie około piętnastu kilometrów pieszo, a i tak nie zajrzeliśmy jeszcze do wszystkich zakątków, jakie ma w ofercie ten zdaje się najskromniejszy trójmiejski kurort.Pod koniec pierwszego tygodnia wyszło słońce i zostało już do końca. Naprzemiennie odwiedzaliśmy plażę i nie spoczywaliśmy w pieszych wędrówkach.
Ciężko było mi się przystosować do gwaru nad samym brzegiem. Nie leżę plackiem, żeby się opalać, ale kiedy czytam książki to samo wychodzi. Plaża miejska, chociaż naprawdę duża, czysta i bardzo fajnie zorganizowana, to jednak nie zaoferowała mi niczego więcej ponad dzieci biegające po głowie. Odjechaliśmy więc kawałek od centrum i znaleźliśmy ustronną miejscówkę w okolicach… ekhm… bazy Marynarki Wojennej RP. Pozytywy: 10 osób na krzyż, strzeżona, czysta i otoczona szumiącym lasem. Negatywów nie było. Były tylko atrakcje. Helikoptery wojskowe wystrzeliwujące z dzikim hukiem zza drzew i opancerzony okręt treningowy kilkaset metrów przed nami. Natka była zachwycona i obserwowała wszystko z rozdziawioną buźką, więc było fajnie 😉


Do mojego miasta raz w roku przychodzą pielgrzymi. Zaręczam, że nie znam Częstochowianina, który byłby z tego powodu zadowolony. Może jedynie właściciele restauracji (bo pracownicy już nie). Nie mam pojęcia jak Gdynianie znoszą oblężenie przez cały ciepły okres roku. Nie mam pojęcia, ale podziwiam. Będę brutalna, ale turyści bywają totalnymi idiotami, pozbawionymi wyobraźni. Spotkaliśmy na przykład piekielnie oburzoną panią, która z wściekłością zapytała, gdzie tu można zjeść rybę, bo już całe miasto przeszła i nie znalazła. Muszę przyznać, że chwila minęła zanim otrząsnęliśmy się z szoku. No, tak… Ryba nad morzem rzadka rzecz, ciężko spotkać. Oburzenie całkiem słuszne. Wskazaliśmy wykończonej pani jakieś piętnaście smażalni po drugiej stronie ulicy i życzyliśmy miłej reszty dnia. Szokująca jest też ilość szkła na plaży. Potłuczone butelki po pifku (sic!) potrafią się ciągnąć przez cały brzeg.Dzięki koledze, rodowitemu Gdynianinowi, mieliśmy przyjemność wspiąć się na sam szczyt Sea Towers. Taras widokowy (niedostępny dla turystów) umieszczony na 35. piętrze najwyższego apartamentowca nad polskim morzem otworzył przed nami zapierającą dech w piersiach panoramę. Nawet wkręciliśmy Natkę, że widać Częstochowę 😉 Cała marina, stocznia i morze aż po Hel było widoczne jak na dłoni. Niezapominane doznanie.

W Gdańsku odwiedziłam moją kuzynkę i jej czteromiesięczną, piękną córeczkę. Korzystając z okazji udaliśmy się do ZOO i na Jarmark Dominikański.
Gdańskie ZOO jest najpiękniejszym ogrodem zoologicznym, w jakim do tej pory byłam. Wybiegi są wielkie i soczyście zielone, a zwierzęta biegają po nich wyjątkowo żywiołowo. W przeciwieństwie do ZOO w Chorzowie nie ma się wrażenia, że są umęczone w tej niewoli. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Zwłaszcza motylarnia, gdzie przechodzi się przez korytarz utrzymany w mokrym i gorącym tropikalnym klimacie, a dookoła latają wielkie egzotyczne motyle. Super!


Jarmark Dominikański, moi drodzy, jest najbardziej przereklamowanym i wymęczającym spędem, na jakim byłam. Nie polecam! Ciasno, tłok nie pozwalający się swobodnie podrapać po nosie i stoiska. Stoiska są najlepszą częścią. Kolejno: bursztyn, filc, pajda ze smalcem, rękodzieła drewniane, produkty lniane, a później to już tylko kopiuj – wklej przez całą długość i szerokość jarmarku. Strata czasu, energii i nerwów. No i zeszpecenie przepięknej gdańskiej starówki.Miło było mi się również po raz kolejny spotkać z panem Wojciechem Cejrowskim. Jeśli ktoś będzie w trójmieście koniecznie musi zajrzeć do Gdyni, gdzie na skwerze Kościuszki tuż obok Multikina stoi namiot ze Sklepem Kolonialnym i wielkim tekturowym panem Wojtkiem. Właściciel bardzo często przebywa na włościach od rana aż do wieczora. Jeśli nie traficie na tłum fanów, wycieczkę czy inną masakrę, z chęcią z Wami porozmawia, coś opowie, rzuci dowcip, albo złośliwość. Nic, co nie zgadzałoby się z prawdą. Jak to on 🙂

A będąc już przy Multikinie, MUSZĘ wspomnieć o najpiękniejszej księgarni, w jakiej kiedykolwiek byłam. W kompleksie Waterfront, na parterze, przy samiuteńkim końcu korytarza, znajduje się śliczna, niewielka i cudownie ciasna księgarnia. Jest nieco chaotyczna, przejścia między regałami są bardzo wąskie i pachnie domową biblioteczką (jeśli rozumiecie o co mi chodzi). Książki na regałach poukładane są jedna na drugiej. Miejsce jest tak ciepłe, tak miłe i przytulne, że zawsze spędzam w niej duuużo czasu. Niezmarnowanego czasu!


Tym razem będąc w temacie książek wspomnę o imprezie, na jaką miałam okazję trafić. Nadmorski Plener Czytelniczy, tworzony przez organizatorów Warszawskich Targów Książki. Pobiegłam pełna entuzjazmu, ale wybiegłam jeszcze szybciej. Poza dwoma wyjątkami nieciekawe stoiska, nieciekawe książki w kartonach, ogólnie targi zrobione małym, jeśli nie żadnym, kosztem. Wybaczcie nadęcie, jakie przebije przez to zdanie, ale wolę zapłacić za wstęp i zaznać trochę prawdziwej kultury, niż być raczona egzemplarzami, które od wieków zalegają na magazynach i ludzie już nawet za piątaka ich nie chcą.

Najmilszą „atrakcją” okazał się przystanek w drodze do domu. Ponieważ lubię wracać do domu nie czułam żalu, że urlop powoli zostaje za plecami. Nie mogłam się doczekać swojej łazienki, swojego łóżka i miejsca przy stole w jadalni, gdzie rozłożę laptopa i do Was napiszę. Słońce chowało się za horyzontem, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i rozprostowanie kości. Była to bardzo planowana przerwa, bo na miejscu już czekała na nas Lena z mężem. Spędziliśmy razem bardzo, bardzo, bardzo miłe dwie godziny i aż żal było się rozstawać, żeby zmierzyć się z ostatnim odcinkiem drogi do Częstochowy. Wyobraźcie sobie, że ta dziewczyna spotkana na żywo jest tak samo zabawna, błyskotliwa i kochana jak przez nieskończenie długie kabelki internetów. Z tego miejsca po raz kolejny chciałam Ci podziękować za wspaniale spędzony czas i wyrazić radość, że mogłyśmy się spotkać, poznać na żywo, w realnym świecie. Teraz wiem lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że w każdej naszej wymianie zdań jesteś po prostu sobą. ???

Było różnie. Raz bardziej fajnie, raz mniej, raz cieplej raz zimniej. Fakt pozostaje taki, że teraz siedzę w (nieklimatyzowanym!!!) biurze i zamiast brać się za robotę myślę nad rozdziałami, jakie mi się napisały jedynie w głowie, myślę nad trzema recenzjami do napisania i ograniczam ruch do minimum. Każde machnięcie ręką powoduje atak gorąca. Trzeba siedzieć i się nie ruszać. Najlepiej nawet nie mrugać. Tylko palce ganiają się po klawiaturze.

Pozdrawiam
M.

Tags: