Tak im wyszło…

Jakiś czas temu byłam na koncercie memoriałowym Zbigniewa Wodeckiego. Nosił tytuł „Wodecki Symfonicznie” i był kontynuacją projektu rozpoczętego rok wcześniej. „Twój Jubileusz” stał się memoriałem, ponieważ panu Zbyszkowi nie udało się wziąć w nim udziału.

 

Miałam bardzo mieszane uczucie i wiele obaw przed udaniem się do częstochowskiej filharmonii. Pisałam Wam o tym na profilu facebookowym. Przede wszystkim wynikały z tego, że Zbigniew Wodecki był typem człowieka, którego teraz ze świecą szukać. Tacy ludzie się już po prostu nie rodzą. Prostolinijny, wykonujący swój zawód dla pasji, nie rozgłosu. Skromny i przebojowy jednocześnie. Umiał rozbawić, umiał zagadać i robił to w sposób dla siebie naturalny. Bałam się, że osoby występujące po prostu przyjdą jak do pracy, wejdą, zaśpiewają, pójdą. Przerażała mnie również wizja „własnych interpretacji”. To byłoby okropne!

Ostatecznie mogę powiedzieć, że było i dobrze, i niedobrze.

Koncert organizowany był przez ludzi, którzy znali pana Zbyszka i chcieli go upamiętnić. I to było piękne. Był jego zespół, ludzie, z którymi pracował przez lata. Była Polska Orkiestra Muzyki Filmowej. Duży rys historyczny i hejnał odegrany przez trębacza na wstępie do antraktu. Coś pięknego. Jednak to nie tylko o muzykę chodziło. Pan Zbyszek potrafił występować z półplaybacku, kiedy nie miał do dyspozycji orkiestry, bo on po prostu nie potrafił przestać śpiewać. W przypadku tego koncertu obsada wokalna pozostawiała wiele do życzenia 😞

Wystąpili:
Mateusz Ziółko,
który był świetny, tyle, że przez większość utworów nie było go słychać. Jednak jego genialne wejście w piosence „Z tobą chcę oglądać świat” sprawiło, że prawie zobaczyłam na scenie pana Zbyszka i to mi zrekompensowało absolutnie wszystko.

Natalia Świerczyńska,
której skala głosu była wręcz powalająca. Dawno nie słyszałam na żywo takiego talentu. Jednak nijak miało się to do prostych utworów Wodeckiego. Pani Natalia kompletnie nie pasowała do tego zestawienia. Zwłaszcza wychodząc na scenę w błyszczącej sukni i eksponując ciągle gołe plecy, przez co przez połowę czasu ustawiając się tyłem do publiczności. To była osoba, która nie zrozumiała fenomenu Wodeckiego, lub po prostu nie interesowały ją takie detale.

Łukasz Zagrobelny.
Wiedziałam, że tak będzie. To bardzo irytująca postać, której pewność siebie, zakrawająca o arogancję, wyjątkowo mnie drażni. Miałam okazję już kilkukrotnie oglądać jego wystąpienia i pasował jedynie do roli Enjolrasa w Nędznikach. Bo miał być zuchwały, więc jak ulał. Niestety, styl bycia Wodeckiego to jego antonim.

Paweł Okła.
Jako jedyny wydawał się być stuprocentowo uświadomiony gdzie i po co jest. Jako jedyny nie sprawiał wrażenia gwiazdora, a skromnego człowieka z talentem. I jeśli miałabym sobie ułożyć ten koncert według własnego upodobania, występowałby tylko on naprzemiennie z Mateuszem Ziółko, któremu podpięłabym mikrofon do głośnika.

Wisienką na torcie było pojawienie się światowej sławy skrzypka, Maestro Mariusza Patyry. Wydobywał ze skrzypiec dźwięki (zwłaszcza te wysokie) wyciskające z oczu łzy. Patyra odtworzył występ, w czasie którego grał ramię w ramię z panem Zbyszkiem. Wtrącił nawet znane „tu są zawsze brawa”, jakie w tym czasie wypowiedział Wodecki na wstępie do Czardasza. To było niesamowicie emocjonujące przeżycie. Nie tylko dlatego, że machał tym smyczkiem w kosmicznym tempie z taką łatwością, precyzją i uśmiechem na ustach, że zapierało dech ale dlatego, że wspominał jak robili to razem. Bo to o to chodziło w czasie tego spotkania.

W koncertach upamiętniających jakieś osobistości chodzi o to, żeby pokazać tę osobę, a nie siebie. To jest moja definicja memoriału i nie dam się przekonać, że jest inaczej.

Uwielbiam twórczość Zbigniewa Wodeckiego. Słucham go w domu bardzo często. Dla wielu jest śpiewakiem festynowym, dla mnie to artysta. Słucha go mój mąż, moje dzieci. Dwuletni synek śpiewa swoje ulubione fragmenty używając słów, których normalnie nie potrafi jeszcze wypowiedzieć. To piękna muzyka wypełniona tekstami i treściami. Brakuje ich teraz. W wachlarzu utworów takich artystów jak Santor, Wodecki czy Niemen, nikt nie smaruje Tobą chleba i nie ma pustych szklanek pomarańczy. Tam są zawarte emocje, mądrość i całe historie. I nawet jak są ciężkie, to warto je przeżywać ciągle na nowo. Ich wartości nie zastąpi żaden współczesny trend.