Zawód: mama

Początkowo chciałam napisać artykuł o tym jak oszczędzić trochę czasu (zrobiłam się w tym niezła), ale uznałam , że nie o to mi chodzi. Chcę opowiedzieć o tym jak będąc pełnoetatową mamą udaje mi się czytać, pisać i jeszcze wyrwać kilka chwil na inne przyjemności.

Kiedy brałam się za pisanie tego artykułu zastanawiałam się kiedy uda mi się go dokończyć, bo mój synek powtarzał „mamamamamama”, co oznacza „daj mi jeść”, a córkę wzięło na gadanie o czymś tak bzdurnym, że miałam ochotę wyć. Należałoby wspomnieć, że była godzina 9:30, a ja siedziałam w szlafroku z rozczochranymi włosami i bez grama makijażu, panicznie stukając w klawiaturę.
Moja głowa ma to do siebie, że rodzi genialne myśli, które ułamek sekundy później ulatują w przestworza. Nie twierdzę, że ten artykuł jest owym geniuszem zakropiony, ale jak już pomysł powstał musiałam go chociaż naszkicować zanim zniknie jak piękna bańka mydlana.

Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć jak udało mi się złapać czas za rogi. Wskoczyć na grzbiet tego narowistego zwierza i jeszcze zdobyć się na uśmiech dla publiczności. Na wstępie należy zaznaczyć, że nie jestem osobą planującą jutro, nie jestem uporządkowana i pedantyczna. Chociaż owszem, uwielbiam mieć wokół siebie ład, nie mam na jego punkcie żadnego bzika. Jeśli gdzieś powstanie bałagan nie biegnę na sygnale ze ścierką w dłoni.

Też słyszałyście kiedyś ten nieśmiertelny tekst: Tobie to dobrze. Bawisz się z dzieckiem cały dzień…
Może ogarnięcie mojej czteroosobowej rodziny nie byłoby dla Was wyzwaniem, może są wśród nas mistrzowie planowania, ale mnie przysporzyło to rok naprawdę ciężkiej pracy, frustracji i łez. Kiedy urodził się mój synek, byłam w kompletnej rozsypce organizacyjnej. Nie wiedziałam kiedy spać, jeść, wykonywać szereg domowych obowiązków, kołysać płaczącego bobaska, poświęcać czas wtedy jeszcze ośmiolatce, nie mówiąc już o tym, że byłam żoną! Że czasami powinnam być po prostu kobietą. Zrobić makijaż, założyć coś, co nie jest zaplute mlekiem i rozciągnięte przez małe łapki, rozczesać włosy i wyjść na światło słoneczne, nie obwieszczając światu, że mam ochotę po prostu wejść do ciemnej piwnicy, zwinąć się w kłębek i spać pół roku. No i jeszcze blog. Ta świadomość mnie dobiła. Z zapuchniętymi z niewyspania oczami musiałam czytać, bo goniły mnie terminy. A później pisać recenzje, które nie miały większego sensu, bo nie potrafiłam zebrać myśli.

Pewnego dnia wyszłam z oczywistego założenia, że nie dam rady. Przemknęła mi nawet myśl, żeby zlikwidować bloga, bo każda myśl o nim sprawiała, że chciało mi się płakać. No i wtedy zaczęłam kombinować co by tu zrobić żeby nie oszaleć do końca.
Prawdopodobnie nie odkryłam niczego rewolucyjnego, na pewno znacie doskonale te metody, ale sęk w tym, żeby sobie je uświadomić. To naprawdę proste! A oto kilka zasad, które stosuję na co dzień:

1. Przegonić chaos.

Rozwieszałam pranie w tempie ekspres, bo słyszałam płaczące dziecko. Bawiąc się z dzieckiem myślałam o wstępie do kolejnej recenzji. Zasiadając do komputera irytowałam się N.,  która potrzebowała pomocy w pracy domowej. Gotując obiad uświadamiałam sobie, że nie włączyłam zmywarki, więc będziemy jeść rękoma z garnka. Zaczynałam wyglądać tak:

Teraz mam wszystko ułożone. Kiedy jest czas na zabawę z dziećmi – nie piszę artykułu. Kiedy jest czas na pisanie recenzji nie zrywam się nagle, żeby odkurzyć dywan. W zasadzie nie mam nigdzie dywanów, ale wiecie o co chodzi… Podzieliłam sobie dzień na bloki tematyczne i to naprawdę działa. Jestem wydajniejsza, dzieci spokojniejsze, praca wykonana.

2. Koncentracja.

Początkowo myślałam, że sama moja obecność wystarczy. Kładłam się z maluszkiem na łóżku bądź macie podłogowej i on się bawił (najczęściej moim ubraniem), a ja czytałam. Szybko stawał się płaczliwy i niespokojny. I wtedy wprowadziłam zmianę. Jeśli go porządnie wybawię, jeśli mu pośpiewam, wyrecytuję wierszyki, porzucamy razem klocuszkami i porozrywamy ze śmiechem kilka chusteczek higienicznych, dziecko czuje się ukontentowane. Po takiej zabawie mogę je spokojnie zostawić samo sobie (pod nadzorem – jasna sprawa) i w tym czasie: poczytać, przygotować obiad, coś tam napisać, sprzątnąć. Da się!
Chodzi o to, żeby poświęcić się wykonywanej akurat czynności. Nie łapać dziesięciu srok za ogon. Skończyć jedno, zacząć drugie. Nie zdążysz wykonać trzeciego zadania, nie szkodzi. Masz pewność, że dwa pierwsze nie były fuszerką.

3. Bez przesady!

Wizja mojej rodziny wyglądała następująco: córka pomaga mi nakryć do stołu, synek bawi się słodko gaworząc, mąż wraca z pracy, a ja witam go pięknie wyczesana i wymalowana w tej nowej kiecce z Mohito, i serwuję pyszny obiad. No i co z tego wyszło? Za przeproszeniem dupa! Młoda nie nakrywa do stołu, bo nadal mogłaby jeść palcami, dzidzia ściąga obrus rozlewając napoje i sos, a ja zlana potem potwornie się pilnuję, żeby nie przypalić niczego i jednocześnie mieć na nich oko.

I po co to komu?
Zaczęłam się ubierać wygodnie (i wcale nie potrzebuję do tego dresów), przestałam używać obrusów w dzień powszechny, a obiad przygotowany na dwa dni nie podkopie mojej ambicji. Dzięki temu naprawdę witam męża z uśmiechem, a on przestał się bać, że za chwilę coś wybuchnie.

4. Pozwól ojcu być tatą.

Uwielbiam powiedzenie, że ojcem może być każdy mężczyzna. Tatą niewielu. Często zdarza mi się słyszeć, że „on” nie zajmuje się dziećmi, bo nie umie. Bo co? Zepsuje, połamie, wyszczerbi? Bzdura! Pozwólcie partnerowi pomóc. Wesprzyjcie go w tym, pokażcie i nauczcie jak trzeba. Tatuś czerpie z opieki nad dzieckiem taką samą radość jak mamusia. A ja w tym czasie mogę skoczyć do fryzjera, albo dokończyć przysłowiowy „rozdział”. Wiecie… Ten ostatni!

5. Chillout.

Jak Ci się nie chce, to nie rób. Jak nie masz siły – nie zmuszaj się. Proste. I nie mówię tu o permanentnym leniu, tylko o najzwyczajniejszym niechceniu. Olej mycie podłogi, zamów obiad z dostawą do jadalni, zabierz dzieci do maka, zamiast książki obejrzyj jakiś durny film, a jeśli przekroczysz death line o dwa dni, żadne wydawnictwo nie wybuchnie – zapewniam. Znajdź coś, co Cię zrelaksuje. Kiedy już wysiadam fizycznie ćwiczę jogę. Podnoszę się z maty jak nowo narodzona. Kiedy jestem zła wieczorem wskakuję na orbitreka i wypalam wszystko bez eksplozji. A jak dziecko jest niespokojne idę na długi spacer. Znajdź swój sposób, pomyśl co relaksowało Cię kiedyś i spróbuj wprowadzić to w obecne normy.


Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że jestem tylko człowiekiem. Dużo czasu zajęło mi ułożenie sobie priorytetów. Olbrzymią krzywdę zrobiły mi internetowe wizerunki sexy mam, których najwyraźniej nie obowiązywały nocne karmienia, ząbkowania, kolki i przypalony kotlet na patelni. Też tak chciałam. Pracują i wychowują te swoje nienaganne dzieci pięknie przy tym wyglądając. Bujdy na resorach, już nigdy nie dam się na to nabrać!

Bądź sobą, płacz i śmiej się kiedy tylko masz na to ochotę. Wykonujesz jedną z najtrudniejszych prac. Lepisz nowego człowieka. Bardzo ważnym jest żebyś w tym trudnym, wymagającym czasie nie zapomniała o sobie. Małe stópki któregoś dnia urosną, a słodki buziaczek powie: „weź mama, obciach robisz”. I wtedy musisz wiedzieć, że twój etat został okrojony do niedzielnych obiadów, ale to nic, bo w końcu masz więcej czasu na realizowanie pasji. Dlatego układaj swój dzień tak, żeby mieć miejsce dla samej siebie, żeby wieczorem nie tylko łamanie w kręgosłupie, ale też satysfakcję.

Czy macie jakieś swoje magiczne sposoby na pogodzenie przyjemnego z pożytecznym?

Powodzenia!!