ani ta ani tamta
ani ta ani tamta
„Ani ta, ani tamta”

Książka „Ani ta, ani tamta” objęta została patronatem medialnym Kanapy Literackiej.

Tomek, zdolny student architektury, czerpie z życia pełnymi garściami. Nieobce są mu mocno zakrapiane imprezy, po których budzi się z piękną nieznajomą w ramionach. Za każdym razem inną. Często korzysta również z pomocy brata – prawnika. Imprezy bywają zbyt wystrzałowe dla stróżów prawa.
Jonasz jest prestiżowym gdyńskim adwokatem. Jego życie układa się dokładnie po jego myśli. Po stracie rodziców opiekuje się młodszym bratem wyciągając go co rusz z opresji, ma piękne mieszkanie, dostatnią pensję i potrzebny spokój.
Wszystko w życiu dwójki mężczyzn biegnie wypróbowanym, utartym schematem. Żaden z nich nie spodziewa się nagłej interwencji. Babcia Róża, obawiając się, że taki tryb życia nie zaprowadzi ich daleko stawia ultimatum. A owe ultimatum jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, bo zaradną seniorkę stać na dużo więcej.

„Ani ta, ani tamta”, to pełna humoru i niezwykłego ciepła historia dwójki braci, z których jeden żył wstrzemięźliwie, a drugi korzystał z życia jakby jutra miało nie być. Babcia Róża, zaskakująco przedsiębiorcza i zmyślna starsza pani doskonale odnajduje się w sytuacji swoich wnuków i nie godzi się na takich spadkobierców. Kocha ich obu i właśnie dlatego stawia warunek, który żadnemu nie jest ani miły, ani wygodny.

Wypełniona sytuacjami zupełnie życiowymi, takimi, które mogą się przydarzyć każdemu z nas, sprawia, że ujęta w nieco krzywym zwierciadle codzienność staje się jednocześnie bliska jak i nieprawdopodobna. Z jednej strony myślałam, że to przecież zupełnie normalni ludzie, a z drugiej mogłam się śmiać dowoli z ich perypetii, bo właśnie w takim, pełnym humoru stylu zostały one opisane. Obaj panowie wybierają swoje drugie połówki. Kobiety bynajmniej niebanalne, które zrobią wiele, żeby dobrać się do spadku po babce. Przysparzają braciom wielu rozterek, bardzo umiejętnie owijając sobie ich wokół palca. Nie spodziewają się one jednak jednej przeszkody. Babci Róży.

Książki Anity Scharmach to mój ulubiony antydepresant, jak również doskonała droga do przypomnienia sobie pewnych fundamentalnych zasad i identycznie jest w tym przypadku. „Ani ta, ani tamta” pod powłoką niezłej rozrywki ukrywa coś większego. Coś, co w pewnym momencie każe uronić łezkę, zatrzymać się i rozważyć, czy te pozornie nic nieznaczące słowa nie są tymi najważniejszymi. Uwypukla coś, co przez wielu uznane jest za normalne, oczywiste i należne. Pokazuje, że nie te wielkie wydarzenia kreują nas i nasze życie, tylko droga do nich.

Podsumowując:

Nigdy nie podejmuję się patronowania książkom, za których jakość nie mogę poręczyć. Gwarantuję, że ta książka-torpeda porwie Was w zupełnie inny wymiar nie odrywając Waszych nóg od ziemi. Tak niezwykłej zwyczajności ze świecą szukać, a efekt tego jest taki, że zaczęłam zupełnie inaczej postrzegać swoją rutynę. Uznałam, że nie ma w niej niczego monotonnego. Że jest cudem, który sprawia, że jestem szczęśliwa. I tak to właśnie działa. Ten scharmachowski rozmach celebrowania życia.

Moja ocena: 9/10

„- Życie rodzica zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.
– Aż tak?
– Gorzej. Nic już nie jest takie jak było. – Ana niby się uśmiechnęła, a jednak posmutniała. Macierzyństwo to jedyna miłość, która nie liczy na wzajemność, mimo łez przebacza, a kiedy cierpisz, goi rany…”

Agencja Reklamy Arte Studio