Pollyanna
Pollyanna
„Pollyanna” (t.1) krótka opinia

Jedenastoletnia Pollyanna po śmierci ojca trafia na wychowanie do surowej i oziębłej ciotki Polly. Mimo przeżytej niedawno tragedii i warunków zgoła innych niż się spodziewała i do jakich przywykła, dziewczynka nie traci pogody ducha. Despotyczna Polly powoli zaczyna się łamać pod niegasnącym entuzjazmem siostrzenicy. Nie ma pojęcia jednak czym jest gra, której uczy Pollyanna i o której bardzo szybko zaczyna mówić całe miasteczko.

Chyba wszyscy po przeczytaniu tego opisu mamy takie samo skojarzenie, prawda? Być może są właściwe, bo „Ania z Zielonego Wzgórza” została wydana na kilka lat przed „Pollyanną”, więc nie jest wykluczone, że Eleanor Porter zainspirowała się kanadyjską koleżanką po piórze. Zrobiła to jednak we własnym, zupełnie oryginalnym stylu.

Ta króciutka, bo około 150-stronnicowa książka jest skumulowaną dawką antydepresanta, więc rozpoczynając lekturę uzbrójcie się w czas i w chusteczki. Nie sposób się od niej oderwać, a łzy pojawiają się z kilku przyczyn, w tym ze śmiechu!

Po raz pierwszy czytałam Pollyannę jako młoda dziewczynka, niedługo po „Ani…”. Wzbudziła wtedy we mnie całą masę emocji, podobnie jak jej rówieśniczka z Wyspy Księcia Edwarda. Do tej pory wspominałam ją z ogromnym ciepłem w sercu, więc trafiając w antykwariacie na przepiękne egzemplarze obu tomów z lat 1982 i 88 postanowiłam odświeżyć sobie wspomnienia.

Gdziekolwiek pojawia się Pollyanna słońce zdaje się świecić jaśniej. Zarówno dla bohaterów jak i dla mnie jako czytelnika. Książka złożona jest z krótkich rozdziałów, a każdy z nich stanowi odrębną przygodę dziewczynki. Wszystkie łączą się ze sobą w fabułę prowadzącą do niezwykłego objawienia ciotki Polly. Dziewczynka poznaje mieszkańców miasteczka, a każdy z nich ma swoje obciążenia. Problemy teraźniejsze i te ciągnące się z dalekiej przeszłości, przez które nie mogą się czuć w pełni szczęśliwi. Mała osóbka dzieli się wspomnieniem ojca, który nauczył ją gry w zadowolenie. Polega ona na odnalezieniu nawet w największym rozczarowaniu powodu do zadowolenia. Mimo wszystko.
Uczy gry wszystkich mieszkańców zdobywając tym wielu nowych przyjaciół. Schorowani przestają się użalać nad swoim losem, samotni czują radość, a pogrążeni w żałobie pogodzenie. Wszyscy niepodzielnie zaczynają uwielbiać rezolutną, niemal świetlistą istotkę, a kiedy wieść o tym dociera w końcu do zastygłej w swoim zimnie Polly, ta zupełnie nie rozumie o co może chodzić. Nie rozumie, bo zabroniła swojej podopiecznej wspominać ojca.

Podsumowując:

To historia na jedno popołudnie, która zupełnie zawojuje wasze serca. Choć jako lektura dla młodej młodzieży pozostaje naiwna i nieco nierzeczywista, pogoda ducha, jaką raczy jest już zupełnie realna. Uśmiechałam się właściwie przez całą książkę, przeżyłam całą masę wzruszeń. Cieszę się, że mogłam zobaczyć te kilka scen widzianych z perspektywy dziecka. Dobrze jest sobie przypomnieć lub uświadomić, jak odczuwają czyste serduszka. Piękna książka!

Moja ocena: 9/10

„Zamiast bez przerwy mówić komuś o jego wadach, mówcie mu o zaletach. Spróbujcie odzwyczaić go od złych nawyków. Wskażcie mu dobre strony jego istoty, jego prawdziwego >>ja<<, które może się odważyć, może zdziałać i zwyciężyć!”

Agencja Reklamy Arte Studio