“Republika piratów”

Epickie bitwy morskie, błyskawiczne abordaże, wiatr w żaglach, morski pył na twarzach i tony cennych łupów ukrytych pod karaibskim słońcem.
To nie fikcja ? to fakty!
Początek XVIII wieku. Czarnobrody, Czarny Sam Bellamy, Charles Vane i kilku innych wielkich pirackich kapitanów łączy siły, tworząc coś więcej niż przypadkową zbieraninę złodziei. Byli żeglarze, niezadowoleni służący, zbiegli niewolnicy ? każdy z nich zwrócił się ku piractwu w wyrazie protestu przeciwko warunkom panującym na statkach i plantacjach. Wspólnymi siłami ustanawiają surową demokrację, wykrawając własną strefę swobody, w której służący stali się wolni, Czarni zyskali status równych, a przywódców wybierano i obalano na drodze głosowania.


Colin Woodard jest jednym z najbardziej cenionych amerykańskich dziennikarzy politycznych. To laureat wielu prestiżowych nagród i wyróżnień. Był konsultantem historycznym przy tworzeniu gry Assassin?s Creed IV: Black Flag, a “Republika piratów” stała się podwaliną do nakręcenia serialu: “Crossbones”.
Przedstawiam autora, ponieważ to, co zrobił pisząc “Republikę…” jest godne największego podziwu. Opierając się na dokumentacjach, listach i zeznaniach, które jakimś cudem przetrwały trzysta lat, stworzył nam nieprawdopodobnie barwny świat karaibskich piratów.

Tak jak małe dziewczynki fascynują wróżki, tak mnie od maleńkości pociągały historie awanturniczych rozrabiaków. Najpierw kochałam “Piotrusia Pana” (chociaż on akurat ucierał nosa piratom), później nastał czas Jack’a Sparrowa, Barbossy i Czarnej Perły. Do tej pory uwielbiam serię filmów Jerry’ego Bruckheimera i czytając Woodard’a znalazłam masę powiązań. Granica między faktami, a fikcją jest bardzo cienka. A dlaczego? Bo te fakty są absolutnie nieprawdopodobne.

Historia koncentruje się na złotych latach piractwa, czyli latach 1715 – 1725 . Ta dekada zatrzęsła polityką Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Po raz pierwszy ktoś śmiał się sprzeciwić królewskim dekretom, co więcej owy ktoś zdobywał coraz większą ilość sojuszników i przewagę nad okrętami Jego Królewskiej Mości.

Głównymi dowódcami i jednocześnie bohaterami książki są kapitanowie najbardziej osławionych statków pirackich.
Benjamin Hornigold, który długi czas w swojej załodze miał takie perełki jak Edward “Czarnobrody” Thatch (późniejszy kapitan Queen Anne’s Revenge) i Samuel “Czarny Sam” Bellamy (kapitan Whydach). Ci panowie stworzyli z piractwa doskonały biznes. Rabowali statki z produktów, na które aktualnie mieli zbytek, nie omieszkując przywłaszczać klejnotów (zawsze będących w cenie). Z kolei Charles Vane na brygantynie Ranger był zupełnie inną historią. Jego sadyzm i nieuzasadniona brutalność doprowadziła go do ostatecznej zguby.

To właśnie on, Hornigold, założyciel republiki w Nassau na wyspie New Providence, w którymś momencie przyjmie królewskie ułaskawienie i zacznie ścigać swoich braci. W pewnej chwili wielu piratów będzie chciało skorzystać z możliwości, jakie daje życie w zgodzie z prawem, ale my nie o tym. My o tym jak to się zaczęło, nie skończyło. Skąd pomysł i taki entuzjazm? Dlaczego tylu synów, mężów i ojców zdecydowało się na życie w ukryciu ?

Właściwie mój wywód będzie czysto refleksyjny. Wyobraźcie sobie sytuację, w której “uczciwy” pracodawca zapomina wypłacić pensji, albo rzuca marny grosz sam pławiąc się w luksusie. Myślę, że nie musicie za bardzo męczyć wyobraźni, bo sprawa jest nam znana choćby ze słyszenia. Tak właśnie wyglądała ówczesna praca na morzu. W niebezpiecznych warunkach spędzało się miesiące, albo lata i dostawało się za to… bywało, że nic. A teraz wyobraźcie sobie grupę rebeliantów, którzy mówią wszystkiemu stop. Którzy oferują pracę o takim samym stopniu niebezpieczeństwa, po której dzielą się sprawiedliwie zyskiem, co więcej traktując załogantów z nieporównywalnie większym szacunkiem niźli kapitanowie korony i jakby tego było mało, uwalniają statki niewolnicze, czarnych stawiając na równi z białymi.
Przyznajcie sami. Czy gdyby w chwili tak skrajnej frustracji i biedy podszedł do Was facet z czarną brodą zasłaniającą niemal całą twarz i zapytał:

Nie lepiej ci zostać jednym z nas niż podążać posłusznie za zadaniami tych wyzyskiwaczy?

Co byście zrobili?
Nic więc dziwnego, że i nasze czasy nie są pozbawione pewnego rodzaju piractwa. Nie jestem się w stanie temu dziwić.

Colin Woodard opisuje działalność piracką pod wieloma perspektywami. Rzeczywiście były epickie bitwy morskie i błyskawiczne abordaże okrętów nieporównywalnie większych i lepiej uzbrojonych niż te pirackie. Gry psychologiczne, jakie stosowali okazały się świetnym  materiałem na filmy, które przecież zrealizowano. Były nonszalanckie zachowania polegające na łaskawym i dobrym traktowaniu pojmanych. Specjalizowali się w tym Bellamy i Czarnobrody. W dokumentacji są zapiski ponad trzystu ich akcji przejęć i w żadnym nie ma mowy o zabiciu jeńca. Zajmowali statek, brali to, co było im potrzebne, a resztę zostawiano nie krzywdząc załogi. Jeśli pech chciał, że był im potrzebny przejęty statek, organizowali zaatakowanej załodze transport na ląd, niejednokrotnie wynagradzając finansową stratę. Często zdarzało się, że w czasie takich chwil pokonani załoganci sami prosili o dołączenie ich do pirackiej braci.
Jedynie Charles Vane odznaczył się na kartach historii wyjątkowym okrucieństwem i krwawymi, brutalnymi bitwami. Nie lubił oszczędzać swoich jeńców, bywał złośliwy i przebiegły. Właśnie przez to ostatecznie stracił cały posłuch i szacunek.

[Czarnobrody] Latami zapuszczał bujny zarost, który nadał mu groźnego wyglądu. Czarnej brodzie pozwalał rosnąć, aż osiągnęła przesadną długość. Była tak splątana, że niemal zasłaniała mu oczy i jak straszliwy meteor rzucała cień na jego twarz; cała Ameryka bała jej się bardziej niż jakiejkolwiek komety, która pojawiła się na niebie. Thacht zaplatał na niej nieduże warkoczyki, a każdy starannie przewiązywał wstążeczką, po czym niektóre zakładał za uszy.

New Providende gromadziło wszystkich kapitanów i ich załogi. Było dla nich bezpiecznym schronieniem, ponieważ gęsta mielizna otaczająca tę karaibską wyspę uniemożliwiała szybki atak najeźdźcy, przez co mieszkańcy nigdy nie byli zaskoczeni, mieli czas na obronę. To właśnie do Nassau zwożono łupy. Materiały, żywność, sól i monety. Ludzie żyli tam w dostatku i względnym spokoju. Choć najwartościowsze skarby były ukrywane na bezludnych wyspach, to jednak kapitanowie uczciwie dzielili się majątkiem z całą załogą.

Losy piratów zakończyły się różnie. Część z nich została pojmana przez ich odwiecznego, najzagorzalszego wroga Woodesa Rogersa, który nie szczędził zdrowia i fortuny na zakończenie pirackich rządów. Niektórzy kończyli na szubienicy, inny ginęli w czasie walki, a jeszcze innych zabierało morze. Przy wszystkich tych niesamowitych sytuacjach sztorm czy mielizna targająca burtę jak papier, wypadają całkiem prozaicznie.

Spróbował wobec tego wojny psychologicznej. Postawili z Williamsem swoich ludzi przy burtach i kazali im stroić groźne miny i wymachiwać przy tym muszkietami, szablami i dzidami o długich drzewcach.

Książka zawiera olbrzymią ilość faktów historycznych, szczegółów demograficznych, politycznych i ekonomicznych. Na dłuższą metę mogą się one wydać nużące i momentami rzeczywiście tak było, ale w zestawieniu z tym do czego wszystkie prowadzą, książka okazuje się wysoce pasjonującą przygodą.

Fakt pozostaje jeden. Kiedy będziecie oglądali “Piratów z Karaibów”, wiedzcie, że ci niezrównoważeni i okrutni osobnicy istnieli naprawdę i naprawdę na długie lata sparaliżowali handel morski. Bywało, że rabowali, palili i gwałcili, ale najczęściej ich potworne zachowania były tylko świetną grą aktorską, po której nikt nie odważył się przeciwstawić, żeby czasem bardziej ich nie zdenerwować. Pamiętajcie, że Jack Sparrow, choć nie pod tym nazwiskiem i nie z tak ładną buzią istniał naprawdę. Był jednym z najdoskonalszych taktyków i najłaskawszych kapitanów, a jego głowa nabita na pal z brodą, w której nadal powiewały wplecione w warkoczyki wstążki, długie lata służyła za przestrogę. Miejsce, w którym miał straszyć innych piratów, bo przecież skoro schwytaliśmy najlepszego z was, to was też dopadnie sprawiedliwość, do tej pory nosi nazwę Blackbeard Point.

Moja ocena: 7/10

Czarnobrody przywdział swój budzący grozę strój bojowy. Na ramiona zarzucił jedwabne szelki, do których przymocował kabury z pistoletami, przez co wyglądał, jakby nosił bandolier”. Pod kapelusz wetknął lonty, które, podpalone, majtały mu się przy twarzy, otaczając ją aureolą dymu i ognia. Tak wystrojony łypał srogo pełnymi dzikości oczyma; nawet bujna wyobraźnia nie mogła przywołać bardziej przerażającego obrazu demona z piekła rodem.


autor Colin Woodard
oryginalny tytuł The Republic of Pirates
wydawnictwo Sine Qua Non
data wydania 24 września 2014
liczba stron 368
ISBN 978-83-7924-233-7
gatunek literatura faktu/historyczna

Agencja Reklamy Arte Studio